Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cumberbatch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cumberbatch. Pokaż wszystkie posty

2 stycznia 2015

The Imitation game (Gra tajemnic, reż. Morten Tyldum, 2014)

Problem sfilmowania biografii jest zawsze ten sam. To zwykle nudne, wyrwane z życiorysu kawałki, zmontowane, puszczone i przeplatane często w formie retrospekcji. Dlatego twórcy wyciągają na światło dzienne najciekawszy wątek z życia danej osoby, aby uczynić z niej wątek główny. Tak jest w Beautiful mind Rona Howarda tak jest również w The Imitation game Mortena Tylduma. Tylko, że o ile Howard ten właśnie dramatyczny i ważny wątek Nasha podał poprzez środki artystyczne charakteryzujące kino psychologiczne i thriller o tyle w filmie Tylduma mamy do czynienia z biografią o charakterze czysto opisowym. Był, żył, stworzył, umarł. Tym samym, przy końcowych scenach, emocje gdzieś znikają, a napięcie niemal całkowicie opada.
Kadr z filmu The Imitation game, 2014

Szkoda tej jakże fascynującej historii, a tym bardziej postaci Alana Turinga. Nieudolność reżysera i scenarzysty, próba tłumaczenia, a przy tym wylizania do przyzwoitości trudnego charakteru bohatera jest co najmniej nietrafiona. Przecież nie od dziś wiadomo, że im bardziej dwuznaczna postać, tym jest większym wyzwaniem dla aktora, a przez to jest bardziej fascynująca dla widza. Poza tym, twórcy silą się na niewybredne żarty, które tak naprawdę nic nie wnoszą do fabuły, a powodują, że zamiast wspólnie przeżywać tragedię głównego bohatera, zaczynamy po prostu z niego drwić. 

Benedict Cumberbatch (już kilkakrotnie nagrodzony za tę rolę) miał pomysł na swojego bohatera, oddał odpowiednią dramaturgię, przelał silne emocje. Całkowicie zmienił tonację w głosie, ukazał nowe gesty, wyzbył się "maniery Sherlocka", która go prześladowała we wcześniejszych rolach. Dlatego podwójnie mi przykro, że nie miał dobrze poprowadzonej sceny, która by te uczucia spotęgowała. Reżyser zapewne myślał, że wystarczą suche fakty i dialog, żeby widz coś poczuł. To zdecydowanie za mało (a może za dużo?). Pojawia się niepotrzebna, nudna konwersacja, a właściwie słowotok, który zaburzył delikatny, a przy tym bardzo ważny wątek z życiorysu postaci. 

Keira Knightley tak naprawę nie musiała niczego wnosić do scen, gdyż i tak zwracała na siebie uwagę, chociażby dlatego, że to jedyna, ważna postać kobieca w filmie. Przyjemnie się ją ogląda na ekranie, jej bohaterka wyróżnia się w męskim gronie inteligencją i powabnością. Jednak najważniejsze jest to, że jako jedyna, wybiła się poza sztywne ramy scenariusza. Nie unosiła się, nie szarżowała ze swoją kreacją, a mimo to we wspólnych scenach z Cumberbatchem dużo bardziej zwracała na siebie uwagę.

Muzyka Aleksandre Desplata stanowi siłę napędową filmu, przyśpiesza wlokącą się akcję. Zdjęcia tuszują słaby montaż, a przyciemnione kadry o stonowanej barwie nadają scenom nutkę tajemniczości. Anglia to ponure, nieprzystępne miejsce, melancholijne niczym charakter głównego bohatera.

Zapewne ze względu na tematykę i popularność aktorów The Imitation game zyska sporą grupę wielbicieli, jak również pojawi się spora liczba nagród. Choć dobrze by było, gdyby się skończyło na samych nominacjach.

Ocena ogólna 3+/6
Scenariusz i reżyseria 2/6
Narracja 3/6
Aktorstwo 5/6
Zdjęcia i muzyka 5/6
Klimat 4/6

27 lipca 2014

Znani, niedoceniani

Takie rankingi pojawiały się już niejednokrotnie, ale gdy widzę co roku te nominowane czy nagradzane „wybitne” gwiazdy, podczas gdy role świetnych aktorów są pomijane szerokim łukiem, naprawdę trudno się nie wzburzyć.

Oczywiście ranking ten mógłby się ciągnąć w nieskończoność, a niektóre nazwiska mogą się wydawać kontrowersyjne. Kolejność, może poza miejscem pierwszym, przypadkowa. Następną część poświęcę mniej znanym, niedocenianym aktorom. Potem zaś przejdę do aktorek.

Gary Oldman

Przeglądając rankingi innych osób, zawsze się pojawia, co mnie szczególnie nie dziwi. Jeżeli miałabym wymienić aktora- rzemieślnika to jest to pierwsze nazwisko, które przychodzi mi do głowy. Oldman zawsze prezentuje się świetnie, zarówno w roli psychopaty jak i amanta. Potrafi być jednocześnie czarujący i odpychający. Ten talent to nie tylko wulkan emocji, ale również perfekcyjny warsztat. Wystarczy przypatrzeć się niektórym jego rolom – każda jest inna. Nie tylko jeśli chodzi o charakteryzację, ale również gesty, mimika i przede wszystkim głos. Różne intonacje, akcenty, nawet zmieniona barwa. Nie jestem w jego przypadku obiektywna, ale zobaczycie sami czy nie mam racji. Dla mnie to geniusz w czystej postaci. Dlaczego ten aktor nie gra protagonistów skoro tak świetnie się w nich sprawdza?

Najlepsze kreacje – Hrabia Dracula (Dracula), Jack Grimaldi (Romeo is Bleeding). 
Rola życia – jak na razie George Smiley (o rolach aktora tutaj) w Tinker tailor soldier spy (recenzja tutaj). Nie, nie Norman Stansfield z Leon. Sztuką jest u niego nie tylko uwydatnianie emocji, ale również je tłumienie. A jako Smiley zrobił to brawurowo. 

Steve Buscemi

Najbardziej owocne dla tego aktora były lata 80 i 90te (kilka słów o aktorze tutaj). Potem był spadek w dół, role podobne jedna do drugiej (choć zagrane perfekcyjnie). Genialność tego aktora polega na tym, że nie potrafi się znudzić. Serial gangsterski Boardwalk Empire otworzyło mu kolejną furtkę, choć o wiele za późno.

Najlepsze kreacje – Carl w Fargo, Seymour w Ghost world, Mr. Pink w Reservoir dogs.
Rola życia – jak na razie Nucky Thomson w Boardwalk Empire.

Tim Roth

Zachowanie i wygląd szczwanego lisa. Roth wzbudza często mieszane uczucia u widzów, ze względu na dosyć oryginalny sposób kreowania bohaterów. Niemal zawsze patrzy spode łba, szczerzy się, garbi i trzyma ręce w kieszeni. W tym szaleństwie była metoda przez całe lata 90te. Aktor pojawia się obecnie w kinie niezależnym i, ku mojej uciesze, idzie mu bardzo dobrze.

Najlepsze kreacje – Mr. Orange w Reservoir dogs, Ted w Four Rooms, Archie w Broken.
Rola życia – Dr. Cal Lightman w serialu Lie to me. Idealnie wyważona, prawdziwy popis aktorski. 

Sam Rockwell

Kolejny ekscentryk na liście. Dużo słabszy w intonacji, z dość szpetną barwą głosu, za to nieopisany w ukazywaniu emocji na twarzy, podkreślanych często ekspresyjnym gestem. Talent Rockwella jest wykorzystywany co najwyżej w 40%. Po większości filmach widać, że można cały obraz oprzeć na kreowanej przez niego postaci, pod warunkiem, że ma dojrzałą rolę i jest kontrolowany przez dobrego reżysera. 

Najlepsze kreacje – Billy w Seven Psychopaths,  Frank w Matchstick Men, Wild Bill Wharton w The Green mile.
Rola życia – Sam Bell w Moon. Bez zbędnego szarżowania, wyjątkowo dojrzale wykreowana postać. 

Leonardo DiCaprio

Dużo osób mówiło, że rolę życia otrzymał już w Aviator. Dla mnie jego najoryginalniejszą kreacją był Candy w Django unchained. Tam musiał się wykazać czymś innym niż tylko cierpiętniczym wzrokiem i płaczem przeplatanym z gniewem. Candy jest nonszalancki, diabeł w ludzkiej skórze, podkoloryzowany pod względem gestu, zachowań i samego wyglądu. Majstersztyk. Szkoda, że niemal całkowicie pominięty w nominacjach, nie mówiąc już o nagrodach. Zauważyłam, że w „szanownej akademii” nie lubią zmian w rolach aktorów. DiCaprio najlepiej dla nich prezentuje się wtedy, gdy zachowuje się żałośnie. Nie gdy może pokazać swoje inne oblicze. 

Najlepsze kreacje – Serio, muszę wymieniać? Trochę tego będzie. Powiedzmy, że najbardziej powalił mnie jako Amsterdam w Gangs of New York i Frank Wheeler w Revolutionary Road.
Rola życia – jak na razie Candy Django Unchained. Słodki jak cukierek, do tego psychopata i prostak w jednym. Oczywiście o  Jordanie z The Wolf of Wall Street nie muszę chyba pisać (recenzja filmu tutaj). 

Brad Pitt

Zabawne, ale najpopularniejsza twarz Hollywood nigdy nie sięgnęła po te bardziej prestiżowe nagrody. Chociaż dużo osób zachwyca się jego rolą w 12 monkeys, dla mnie osobiście była to tylko kalka (chociaż dobra) Denisa HooperaApocalypse Now. Czas Brada Pitta jest właśnie teraz. Z kreacji miałkich amantów, dojrzał do postaci silnych, a do tego ironicznych. Również świetnie się sprawdza w rolach przygłupów. 

Najlepsze role – Aldo Apacz w Inglourious Basterds, Chad w Burn After reading.
Rola życia – jak na razie Billy Beane w Moneyball.

Woody Harrelson

Harrelson przewija się między kinem niezależnym, a wysokobudżetowym. Genialna intonacja, choć niewyraźna dykcja. Realistyczny w rolach nieprzyjemnych typów, graniczących z ośmieszeniem. Często w rolach epizodycznych, jako jedyny pozostaje w pamięci widza. Zwykle zatrudnia się go do ról wariatów, groteskowych psychopatów. A przecież Harrelson jest bardzo dobry jako aktor charakterystyczny jak również świetnie się prezentuje w rolach protagonistów. 

Najlepsze kreacje - David Douglas Brown w Rampart, Ezra Turner w Seven Pounds. Ujął mnie też jako Galaxia w epizodycznej roli z filmu Anger Management.
Rola życia – jak na razie Larry Flynt w The People vs. Larry Flynt.

Edward Norton 

Mam nadzieję, że nie odejdzie w zapomnienie, gdyż to jest prawdziwy, naturalny talent. W latach 90tych robił świetną karierę, teraz zaś pojawia się jedynie w krótkich rolach. Norton nie bał się swoich postaci, ba, sam je upadlał dla wzmocnienia efektu na ekranie. Obecnie pojawia się w wyjątkowo rzadko i to w rolach drugo, a nawet trzecioplanowych. Z roku na rok gra coraz łagodniej, a jego postaci wydają się takie bezbarwne. Niedługo na ekrany wchodzi Birdman, więc może aktor powróci do dawnej formy. 

Najlepsze kreacje – narrator w Fight Club, Jackie Teller w The score, Król Baldwin IV w Kingdom of Haven.
Rola życia – jak na razie Derek w American History X.

Gerard Butler

Wyraźny szkocki akcent. Warto zwrócić uwagę na to jakie miał role przed wkroczeniem do Hollywood. Nie chodzi mi o te wszystkie wybuchy i strzelani albo romantyczne pierdółki, w których obecnie się pojawia. Butler potrafi grać poważne, dramatyczne role, tylko o dziwo nikt mu takich nie daje. Wielka szkoda, gdyż ma niepowtarzalną, mocną barwę głosu i olbrzymią charyzmę.

Najlepsze role - Tullus Aufidius w Coriolanus, One Two w Rock’n’rolla, Król Leonidas w 300.
Rola życia - jak na razie Peter w Please! (kilka słów o tej krótkometrażówce tutaj)

Adrien Brody

Wiem, ma Oscara, tylko co z tego, jak nikt nie angażuje go w ciekawe projekty? Nietypowa uroda wydaje się mu przeszkadzać, zamiast pomagać. Muszę się przyznać, że bardzo pozytywnie zaskoczył mnie jako… Royce w Predators. Właściwie to wszędzie mnie zaskakuje. Wyjątkowo mocno utożsamia się ze swoimi bohaterami, tworząc w ten sposób wyraźną rolę.  

Najlepsze role – Royce w Predators, Psycho Ed w High School, Travis w The Experiment.
Rola życia – jak na razie Louis Simo w Hollywoodland

Billy Bob Thornton

Chyba odnalazł swoje miejsce w telewizji, gdyż tak uroczego psychopaty już dawno nie widziałam. Thorton zawsze pokazywał się w tym swoim ledwie widocznym uśmieszkiem. Niewiele osób zauważa, że każda jego postać się czymś wyróżnia. W spojrzeniach kreowanych przez niego postaci jest coś nietypowego, użyłabym określenie "upadłego". 

Najlepsze role – Willie w Bad Santa, Terry Collins w Bandits, Lorne Malvo w Fargo (serial).
Rola życia – Ed Crane w The Man who wasn’t there. Niewiele mówi, ale ile pokazuje swoją obojętną postawą. 

Benedict Cumberbatch 

Poważnie. Naprawdę uważam, że jest świetnym aktorem, ale dostaje zupełnie źle dobrane role. Tak, moim zdaniem prawie wszystkie kreacje geniuszy nie są dla niego, jak również czarne charaktery. Cumberbatch wybitnie wypada w rolach charakterystycznych jak również przeciętnych postaci z przyziemnymi problemami. Wtedy naprawdę rzuca się w oczy. Bez ekstrawaganckich gestów i barwnej mimiki. 

Najlepsze role – Peter w Tinker tailor soldier spy, Alexander Masters w Stuart: A Life Backwards, Vincent van Gogh w Vincent van Gogh: Painted with words.
Rola życia – jak na razie Paul Marshall z Atonement. To była pierwsza rolą, w której go widziałam. Z filmu nie zapamiętałam nikogo poza nim. Kreacja zbudowana na nonszalancji, wzniosłości, przy zderzeniu z odpychającym charakterem tej postaci , tworzy nietypową mieszankę wybuchową.

Kogo jeszcze widzicie na liście?

21 marca 2014

Gary Oldman

Nawet z płytkiej i źle napisanej przez scenarzystę postaci, potrafi wycisnąć wszelkie, emocjonalne soki. Role kreuje całym ciałem, dla niego nie ma uczuć, których nie potrafiłby odpowiednio pokazać, uwydatnić albo ukryć. Dla mnie to zdecydowanie aktor przez duże A.
  Gary Oldman kończy 55 lat.

Napisałam krótki artykuł na temat filmowych metamorfoz aktora. Wymieniłam w nim te role, które w moim odczuciu uważam za najważniejsze w jego karierze.

Filmową ścieżkę Gary’ego Oldmana, można podzielić się na trzy kategorie w dziedzinie aktorstwa - aktor dramatyczny, charakterystyczny i czarny charakter.

POCZĄTKI - AKTOR DRAMATYCZNY
Początek kariery Gary'ego Oldmana to przede wszystkim role dramatyczne, przejawiające się miłością do teatru, choć w drugim filmie, którym wystąpił czyli Meantime z 1984 w jego trzecioplanowej kreacji można już dostrzec zarys nietypowych postaci. Kształci się tutaj zalążek aktorstwa charakterystycznego, którego warsztat będzie szlifował przez kolejne lata. Coxy jawi się tutaj jako dziwak, ekscentryk, negatywny mentor, wpływający bezpośrednio na głównego bohatera (w którego wcielił się Tim Roth). I choć niewiele go w tym filmie, to jednak to jak stworzył swojego bohatera wystarczyło, aby pchnąć swoją karierę na pierwszy plan. Następne kreacje dotyczyły seriali i mini seriali (Dramarama, Morgan’s boy, Summer season). Na szczęście aktor nie zagrzał tam miejsca, bowiem jego wielkie role miały dopiero nadejść.

Pierwszą, pierwszoplanową kreację stworzył w Sid & Nancy z 1986. Biograficzne dzieło o basiście zespołu Sex Pistols i jego relacjach z Nancy Spungen. Z perspektywy czasu rola Sidneya nie należy do specjalnie wybitnych, ale poprzez nietuzinkowość w ukazywaniu emocji, granie całym ciałem i dobrym odwzorowaniem zachowań oryginału wystarczyło, aby kariera aktora ruszyła pełną parą.

Podobnym osiągnięciem był dramat Prick Up Your Ears (Nadstaw uszu, 1987) o tragicznym związku dwóch dramatopisarzy- Joe Ortona (Oldman) i Kennetha Halliwella (Alfred Molina). Obaj aktorzy stworzyli świetny duet, oparty na bliskiej relacji. Orton ma w sobie cudowną subtelność, wymieszaną z dziką spontanicznością. I choć zarówno ta jak i rok później stworzone kreacje są jedynie zarysami portretu psychologicznego, to nie można o nich powiedzieć, by nie miały w sobie charyzmy. Od Ortona już tylko krok do pełnej, wielkiej i niezwykle przemyślanej kreacji w Draculi. Ale do tego czasu, aktor poddaje swój warsztat intensywnemu treningowi: Track 29, We Think the World of You (oba z roku 1988). Postacie opiera na podobnej szkicu- są wykreowane prosto i niepozbawione swego rodzaju lekkiego tonu.
Alfred Molina i Gary Oldman, kadr z filmu Nastaw uszu, 1987

SZLIFOWANIE WARSZTATU - AKTOR CHARAKTERYSTYCZNY
Wkrótce Oldman przeniósł się do USA, gdzie zagrał w kilku niezłych produkcjach. Criminal law (1988) Chattahoochee z 1989 i State of grace (Stan łaski, 1990) stanowią ciekawe studium psychologii postaci. Aktor zagłębia się w ich psychikę, nadaje im wyraźny kształt. Potrafi wydobyć różnorodne, często wydawałoby się niekonwencjonalne zachowania bohaterów, aby potem pokazać je na ekranie. Takim właśnie jest Emmett z Chattahoochee, stanowiący obraz człowieka, który nie może sobie poradzić w nowym środowisku. W pierwszych minutach filmu widać już u bohatera osobliwe „błaganie” o pomoc, które widoczne jest dla widza, a nie pozostałych postaci. Przerażenie, złość, niechęć jakim szokuje, przejawia w różnych odsłonach. Oldman bowiem pokazuje całą, wiarygodną paletę emocji i wydaje się, że nigdy ich nie powtarza, nawet w tym samym filmie.
Na chwilę powrócił do Wielkiej Brytanii by w Rosencrantz & Guildenstern are dead (Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, 1990) ponownie zagrać z Tim Rothem w adaptacji sztuki Toma Stopparda o tym samym tytule. Zarówno gry słów, w których uczestniczą postaci jak również odnalezienie się w nierealnej i hermetycznej teatralnej przestrzeni, stanowiło kolejne wyzwanie aktorskie. Obaj aktorzy balansują na krawędzi absurdu, ani razu go przy tym nie przekraczając. Rosencrantz to myśliciel i wynalazca, niezrozumiały przez kompana, który wydaje się podchodzić do niego sceptycznie, żeby nie powiedzieć szyderczo. Oldman przelewa w swojego bohatera uczucia, które wbrew pozorom wydają się nie pasować do fabuły filmu. A jednak. Właśnie te ludzkie relacje i reakcje na sytuacje pomiędzy postaciami spowodowały, że widz jak najbardziej się z nimi utożsamia.
Dracula z 1992 Francisa Forda Coppoli dało Oldmanowi całkowitą swobodę w tworzeniu postaci. Hrabia Vlad Dracula ma w sobie erotyczny magnetyzm połączony z odpychającą zwierzęcością. Jest to niemal szczytowy popis w owocnej karierze aktora, bowiem rola ta jest mieszanką silnej i stonowanej stylizacji. Bohater nie wydaje się ani przerysowany, ani poddany grotesce. Dla sportretowania kreacji Draculi ważna była zarówno charakteryzacja jak i barwa głosu z odpowiednio przedstawionym, obcym akcentem.

Romeo is bleeding (Krwawy Romeo, 1993) pomimo wielu dość nielogicznych scen, nierównej formie i nie najlepiej stworzonej narracji, należy do kolejnego popisu w karierze aktora. Jest to następny etap rozwoju w jego aktorskim warsztacie. Jack Grimaldi należy do kuriozalnych jednostek, wpasowanych w nietypową konwencję filmu, żałosną, a przez to świeżą i barwną pod względem postawy oraz gestu.

CZARNY CHARAKTER
Kolejnym przełomem w karierze Gary’ego Oldmana stał się udział w filmie Leon (Leon Zawodowiec,1994). Rola ta, choć rewelacyjna, nacechowana indywidualnością i silną stylizacją, wypaliła piętno na aktorze. Twórcy zafascynowani realizmem jaki potrafi wprowadzić w szaleństwo swoich postaci zatrudniali go do tworzenia kolejnych, psychopatycznych jednostek. Nastąpił wysyp wszelkich złoczyńców, który przewija się w jego karierze do chwili obecnej.
Scena z filmu Leon Zawodowiec, 1994

Pomimo iż filmy te z roku na rok, jakościowo są niestety coraz gorsze to jednak w każdej z nich Oldman potrafił wnieść powiew świeżości: The fifth element (Piąty element, 1997), Air force one (1997), Lost In space (Zagubieni w kosmosie, 1998), The Book of Eli (Księga ocalenia, 2010) i Paranoi (Paranoja, 2013). Co ciekawe Stansfield stał się wzorem do naśladowania dla innych aktorów, odtwarzających jednostki psychopatyczne. Kreacja obdarzona niemal przesadną mimiką, plastycznym gestem czy silnym ukazywaniu emocji, jest widoczna w młodszym pokoleniu aktorów (Sam Rockwell i jego Billy z Siedmiu psychopatów, czy Benedict Cumberbatch w roli Sherlocka z miniserialu o tym samym tytule).
Jako Zorg, Gif z filmu Piąty Element, 1997

KINO NIEZALEŻNE, A KINO KOMERCYJNE
Oldmanowi udało się zagrać w ambitnych dziełach i kinie niezależnym. Immortal Beloved (Prawdziwa miłość, 1994) kształci się dojrzałością oraz niezwykłą doniosłością postaci. Beethowen w wymyśle aktora, to geniusz i szaleniec w jednym, odznaczający się żywiołowością i muzycznym natchnieniem. W innym zaś obrazie Tiptoes (Małe jest piękne, 2003), grał karła i brata głównego bohatera. Jego rola nabrała zupełnie odmiennego wyrazu, charakteryzuje się  zadziwiająco spokojną stylizacją.
Jako Bethoween, kadr z filmu Wieczna miłość, 1994

Komercyjne kino przypomniało sobie o aktorze z nieco lepszej strony. Tak powstał Syrius Black w Harrym Potterze (2004, 2007) i Jim Gordon w trylogii Batmana (2005, 2008, 2012) w reżyserii Christophera Nolana. O ile Gordon wydaje się ledwie zarysowany, a przez to również mało charyzmatyczny, o tyle Syrius Black to powrót do korzeni aktorstwa charakterystycznego. W starych łachach i rozbieganym spojrzeniu Syrius luźno nawiązuje do postaci Draculi czy Beethowena. Jest tak samo zwierzęcy, nieco nieokrzesany i żywiołowy.

METAMORFOZA I AKTORSKI MAJSTERSZTYK
Nie tylko ja byłam szczerze zdziwiona, gdy do głównej roli George Smiley w Tinker tailor soldier Spy (Szpieg, 2011 recenzja filmu) zatrudniono Gary’ego Oldmana. Całkowicie stonowana stylizacja o wyjątkowo silnym indywidualizmie wywołała co u niektórych widzów pozytywny wstrząs. Tinker tailor soldier spy stanowi wielki powrót kina szpiegowskiego, a dzięki niemu widzowie mogli poznać młode pokolenie świetnych, brytyjskich aktorów (Tom Hardy, Benedict Cumberbatch, Mark Strong), przypomnieć sobie o wybitnym aktorze dramatycznym- Johnie Hurt’cie jak również poznać Toby’ego Jones’a czy Stephena Grahama. To nie tylko bardzo dobre dzieło, ale również metamorfoza Gary’ego Oldmana. Ze względu na świetnie teatralne rzemiosło aktora jego George Smiley, pozbawiony niemal mimiki i gestu, został oparty na kluczowych elementach dźwiękowych (czyli głosie). Wyraźna dykcja, akcentowanie jak również impostacja stanowią główny składnik w budowie bohatera. Smiley to dowód na to, że Oldman nie tylko świetnie uwydatnia emocje, ale również potrafi je realistycznie tłumić. 
Wkrótce na ekrany trafi film Child 44, w którym Gary Oldman ponownie spotka się z Tomem Hardy. Być może aktor stanie również za kamerą  reżyserując Flying Horse opowiadająca historię pioniera w dziedzinie fotografi i filmu Eadwearda Muybridge'a. W obsadzie, oprócz Oldmana ma się pojawić Ralph Finnes i Benedict Cumberbath.

28 grudnia 2013

The Hobbit: The Desolation of Smaug (Hobbit: Pustkowie Smauga, reż. Peter Jackson, 2013)

Druga część przygód Bilba i kompanii Thorina Dębowej Tarczy na pewno nie zawiedzie tych, którym niespecjalnie podobała się część pierwsza ze względu na formę przedstawienia historii. Jackson odciął pępowinę nie tylko od trylogii pierścienia, ale również oddalił się od Niezwykłej podróży. Dostaniemy łagodne nawiązania, pozbawione bezczelnej kalki. Tym samym więcej Hobbita w Pustkowiu Smauga niż Władcy Pierścieni. Czuje się powrót do Śródziemia, ale nie ma w tym przeszarżowania. Moim zdaniem nawet wymyślony wątek romansowy nie wydaje się aż tak zaburzać rytmu filmu. Można go potraktować jako złapanie oddechu przed kolejnym skokiem w wodę. Pomimo wszystko wielbiciele wiernych ekranizacji książek zapewne będą jeszcze bardziej niezadowoleni. Hobbit to wyjątkowo swobodna adaptacja, pełna luźnych nawiązań i własnych pomysłów, a jak wiadomo nie każdemu tak duże zmiany odpowiadają. 

Najbardziej oddziela Pustkowie Smauga od Niezwykłej podróży elementy makabry. Bowiem bajkowość jest wymieszana z groteską i okrucieństwem jak nabijanie ciał oraz różne metody ucinania głów orków. Nie zabrakło jednak fantastyczności już zapoczątkowanej w pierwszym Hobbicie np., przy leceniu beczki z Bomburem, odbijającej się od skał niczym piłka. Sam spływ beczkami nakręcony spektakularnie, a przekazywanie sobie pomiędzy krasnoludami broni prezentuje się znakomicie i nawet nutka naiwności nie jest w stanie jej przyćmić. 

Najlepsze dla mnie sceny to te, rozgrywające się w Mrocznej Puszczy. Początkowe halucynacje kompanów Thorina, niczym psychodeliczne wizje, nadają grozy temu wątkowi. Ponad to, dla ukazania upływu czasu zastosowano dosyć mało popularne jak na kino rozrywkowe przejścia montażowe, które idealnie tam wpasowano.
Kadr z filmu Hobbit: Pustkowie Smauga, 2013, dyst. Warner Bros

Aktorsko jest nadal bardzo dobrze. Długa droga, pełna wyrzeczeń, powoduje iż pomału postacie przechodzą kolosalne zmiany nie tylko w charakterze, ale również we własnym kodeksie moralnym. Thorin z tragicznego bohatera przeobraża się nieokrzesanego, egoistycznego furiata, zaś na poważnej twarzy Bilba można już zauważyć delikatne oznaki obłędu. Zarówno Richard Armitage jak i Martin Freeman świetnie kreują swoich bohaterów. Obaj są ofiarami zaślepienia - jeden władzy, drugi zaś pierścienia.


Co do szaty wizualnej i dźwiękowej niewielu widzów będzie kręcić nosem. Choć głos Benedicta Cumberbatcha jako Smauga nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia, to sam wygląd smoka prezentował się znakomicie, a spotkanie face to face z Bilbem należy do ciekawszych wątków w filmie. Podobnie zresztą jak ukazanie domu Beorna, miasta nad wodą czy Mrocznej Puszczy. Każde z tych miejsc dopieszczone w najmniejszych detalach, jest prawdziwym majstersztykiem.
Pustkowie Smauga kończy się w najbardziej emocjonującym momencie, stąd co po niektórzy mogą się poczuć zawiedzeni, takim brutalnie urwanym wątkiem. Jest sporo niedociągnięć oraz dłużyzn, kilka ryzykownych, nowatorskich pomysłów. Nie zmienia to jednak faktu, że Hobbit zachwyca i wciąga na różnych płaszczyznach - zarówno tych wizualno - dźwiękowym jak i samej historii. 

26 listopada 2013

Przegląd krótkometrażowych filmów aktorskich. Część pierwsza.

Filmy krótkometrażowe aktorskie wydają się jednocześnie trudniejsze i łatwiejsze od animacji. Łatwiejsze, gdyż nie trzeba mieć specjalnych zdolności artystycznych do przedstawienia historii. Trudniejsze, ze względu na to, że tam dużą rolę (jak czasem nie największą) odgrywają aktorzy. W niektórych amatorskich, niezależnych produkcjach można zauważyć genialny pomysł i niezłą realizację, ale niestety również bardzo kiepską grę. W przypadku short'ów z profesjonalistami, mamy do czynienia ze swoistym kilkuminutowym, jednoosobowym spektaklem. To właśnie w krótkim metrażu aktorzy mogą się pokazać z zupełnie innej strony, pozwolić sobie na zagranie każdej roli. Przedstawię kilka filmów, które według mnie warto obejrzeć. Najpierw jednak zacznę od klasyki...

A trip to the moon (Lot na księżyc, Georges Méliès, 1902)

Pierwszy film science fiction. Méliès nazwany został największym wizjonerem, znacznie wyprzedzającym swoją epokę. Wiele z jego dzieł zostało bezpowrotnie straconych. Lot na księżyc, najpopularniejszy film tego magika kina, ma już 111 lat. I wierzcie mi- nadal potrafi oczarować.

Dwaj ludzie z szafą (Roman Polański, Polska, 1958)

Słynna etiuda filmowa Romana Polańskiego. Z morza wyłaniają się dwaj mężczyźni niosący ze sobą szafę. Pełni dobrych chęci i optymizmu wędrują po świecie. Niestety gdziekolwiek się pojawiają, tam napotykają jedynie przemoc i brak akceptacji. Zdecydowanie mój ulubiony. Metaforyczny obraz agresji wobec wszelkiej odmienności. Naprawdę gorąco polecam.

Dwa całkiem udane filmy, oparte na pomyśle i przemyślanej realizacji

Black hole (Czarna dziura, Philip Sansom & Olly Wiliams, Wielka Brytania, 2006)

Znudzony pracownik pewnej firmy nagle znajduje się w posiadaniu czarnej dziury. Łatwo można się domyślić zakończenia, ale film ma dość specyficzny klimat. Stonowane barwy, profesjonalna praca kamery oraz niezły montaż. A morał z tej bajki…

Lovefield (Mathieu Ratthe, Kanada, 2008)

Zrealizowany za pomocą prostych trików. W polu daleko od drogi, widać zakrwawionego mężczyznę pochylającego się nad leżącym ciałem. Świadkiem zdarzenia wydaje się być tylko kruk. Dobre zastosowanie elementów horroru. Sam pomysł zasługuje na chwilę uwagi.

KRÓTKIE POPISY AKTORSKIE

Inseparable (Nick White, Wielka Brytania, 2007)
 

Benedict Cumberbatch w roli braci bliźniaków, którzy spotykają się po długim czasie. Warto obejrzeć ze względu na oba dojrzałe wcielenia aktora. Przemyślany podział ról i pomysł na dwóch różnych bohaterów. Sama historia również niczego sobie, chociaż dla mnie reżyser zbyt duży nacisk postawił na wstrząs widza, zamiast emocje postaci. Do tego klimatyczne, nieco nostalgiczne obrazy.

Connection (Vladimir Shcherban & Laura Wade, USA, 2013)

Inspirowany prawdziwą historią. Brytyjski aktor filmowy Jude Law spotyka na lotnisku białoruskiego aktora teatralnego Nikolaia Khalezina. Fabuła nie jest wybitna, kreacje mogą być, ale co trzeba przyznać film ma bardzo dobre dialogi.

Please (Paul Black, Wielka Brytania, 2001)

Pisarz, pochłonięty swoją karierą, zostaje wkrótce opuszczony przez żonę i córkę. Zrozpaczony, próbuje je odzyskać. Sporo emocji, trochę psychologicznej dramy i napięcia. Gdy tylko obejrzałam ten short, zaczęłam zastanawiać się co by się stało, gdyby ścieżka kariery Gerarda Butlera poszła w takim kierunku co ten film... Na Butlera, aż przyjemnie popatrzeć.

Tuileries (segment z filmu Paris Je T'aime, Ethan i Joel Coen, USA- Francja)
 


Tym razem coś lekkiego. Na stacji siedzi pewien mężczyzna. Poprzez niezrozumienie kulturowe wplątuje się w absurdalną grę z dwójką młodych francuzów. Pozdrowienia z Francji! Bracia Coenowie - przekornie i złośliwie - bawią się stereotypami, obalają mit, przyprawiając wszystko tym co potrafią najlepiej czyli czarnym humorem. Na uwagę zasługuje rola Steve'a Buscemi, chociażby dlatego, że w filmie nie wypowiada ani jednego słowa, swoją grę opierając wyłącznie na mimice. Cudo!

15 listopada 2013

The Fifth Estate (Piąta władza, reż. Bill Condon, 2013)

Piąta władza nie należy do kina wybitnego, ale też nie jest on kompletną klapą. Myślę, że znajduje się gdzieś pośrodku. I nie wynika to ani z prędkiej narracji, ani ogólnej formy ani nawet warsztatu (co bądź z niezłymi zdjęciami oraz sprawnym montażem), ale raczej zmarnowanego potencjału nie tylko samego tematu, ale również i aktorów.

Zauważyłam, że niektórzy nie potrafili się odnaleźć w fabule, co niespecjalnie mnie dziwi. Wprawdzie nie można tu mówić o chaosie czy błędach w scenariuszu, ale film konstrukcją przypomina internetowe przekazywanie informacji. Twórcy odtworzyli szybkie tempo, dużo newsów, które rozumieją i pochłaniają osoby łatwo odnajdujące się w wirtualnym świecie. Jeśli ktoś nie potrafi się skupić na dłuższym monologu postaci czy statecznych ujęciach to wartka narracja w Piątej władzy na pewno go usatysfakcjonuje.

Jak wspomniałam reżyser chciał złapać dwie sroki za ogon. Z jednej strony serwuje elementy współczesnego dreszczowca (rosnące napięcie, akcja), a z drugiej ogólny dramat postaci- ich trudne wybory, ponoszenie konsekwencji swoich czynów i rozpad przyjaźni. I tak efekcie końcowym mamy dwóch bohaterów potraktowanych dosyć pobieżnie.

Niestety największą bolączką w moim odczuciu jest to, że każdy aktor wydawał się grać tylko "do siebie" (pomijając przewijającego się Stanleya Tucci i Laury Linney). To znaczy nie widziałam pomiędzy aktorami ani zdrowej rywalizacji, ani tym bardziej "scenicznego partnerstwa". Poza Thewlisem, który starał się rzeczywiście "złapać kontakt" ze wszystkimi, ale jak wiadomo kontakt ten powinien działać w obie strony. Pomijając ten fakt, przejdę do oceny kreacji każdego aktora z osobna.
Kadr z filmu Piąta władza, 2013, dyst. Monolith Films

Daniel Bruhl gra przeciętnie, ale raczej nie widzę w tym winy aktora. Po prostu rola nie należy do specjalnie wymagających. Wydobył z niej wszystko co tylko mógł i to pokazał na ekranie. Jednak w niektórych scenach, przy ukazywaniu kontrastu między jego postacią, a Julianem, im bardziej próbował wydobyć silniejsze emocje, tym wydawał się bardziej niewiarygodny.

Benedict Cumberbatch jest aktorem przede wszystkim teatralnym i gra klasycznie. Najważniejszy jest dla niego tekst, a nie improwizacja. Niestety widać powielane przez niego dotychczasowe schematy gestów i mimiki. W tejże wystylizowanej postaci najbardziej odkrywcza była niewielka zmiana w tonie głosu i tempie wypowiadanych kwestii. Mimo wszystko nie czułam tego przyciągania uwagi, którego doświadczyłam w Tinker tailor soldier spy (Szpieg). Ciągle liczę na to, że Cumberbatch będzie się rozwijał, a nie tylko szlifował swój i tak dobry aktorski warsztat.
Benedict Cumberbatch w roli Juliana Assange, Piąta Władza, 2013

Do tego przewija się David Thewlis, który wypełnia tło swoją dość wyciszoną kreacją. Pomimo prostoty w konstrukcji swojego bohatera aktor wydobył z niej duży pokład energii. Tak na marginesie, mając w filmie kogoś pokroju Thewlisa, aż chciałoby się zobaczyć silniejszą w jego wykonaniu stylizację.

Wielka szkoda, że nie pokazano więcej świetnego charakterystycznego aktora - Stanleya Tucci. Ten charyzmatyczny aktor ledwie migał pomiędzy ujęciami, nie mając okazji pokazać się w większym świetle. Tym samym był kolejnym nawet nie w połowie wykorzystanym talentem, z ledwie zarysowaną sylwetką postaci.
Stanley Tucci w Piątej władzy, 2013

Muzycznie soundtrack robi wrażenie, jak również dźwiękowo – wizualny montaż. Również dryfowanie między przestrzenią rzeczywistą, a emocjami postaci zamkniętymi w wyimaginowanym biurze jest całkiem nowatorskie i przyjemne w odbiorze. Kamera na torze kolistym zwiększa prędkość, choć nie wnosi nic poza swoją ładnie wizualną formą. Ostatnia scena przedstawiająca wywiad z Julianem Assange zostawia tak naprawdę otwarte drzwi do interpretacji i oceny zachowań bohaterów. Zdecydowanie to przemawia na plus dla filmu.

Piąta władza zapewne ze względu na temat jak również aktorów, na pewno zyska sobie jakąś grupę fanów. Jest to film średni, o ciekawym pomyśle, przyjemnej szacie wizualno - dźwiękowej i znośnym warsztacie o dość nowatorskich trikach. Szkoda, że reżyser nie sprecyzował, w którą stronę chciała pójść. Współczesnego dreszczowca czy biografii?

Ocena ogólna 3+/6
Scenariusz i reżyseria 3/6
Aktorstwo 4-/6
Zdjęcia 4/6
Muzyka 5/6
Klimat 3/6

21 sierpnia 2013

Tinker tailor soldier spy (Szpieg, reż. Thomas Afredson, 2011 )

Recenzja została przeze mnie zmodyfikowana. Pierwotna wersja pojawiła się na stronie Valkiria.net.

Są takie filmy, które można oglądać non stop. Wyrywać pojedyncze sceny, obserwować osobne role, relacje między aktorami, słuchać samego soundtracku, a wszystko to, aby wydobyć z niego jak najwięcej. Takie właśnie może być dla niektórych dzieło duńskiego reżysera Thomasa Afredsona.

Tinker tailor soldier spy jest adaptacją powieści Johna le Carré pod tym samym tytułem. Fabuła dotyczy afery w brytyjskim wywiadzie, gdzie głównodowodzący Kontroler podejrzewa iż w cyrku (tajnej służbie brytyjskiego wywiadu) znajduje się kret. Śledztwo zaczyna prowadzić emerytowany już agent George Smiley. Ten, przenikliwe prześwietla niemal całe MI6, składając przy tym elementy rozrzuconej układanki i odkrywa przy tym jeden z największych skandali w historii agentów.

Film jest stylizowany na lata 60 zarówno pod względem prowadzenia warsztatu jak i klimatu. Kamera snuje się między bohaterami niczym główny bohater. Barwy są poddane desaturacji, obraz wygląda tak, jakby był nagrany na starej, brudnej taśmie filmowej. Wnętrza pomieszczeń gęstnieją od ludzi, starej technologii i dymu papierosowego. Szpiedzy nie rzucają się w oczy, podobnie jak morderstwa, w których uczestniczą.
Kard z filmu Szpieg, 2011

Widziałam mnóstwo dobrze skonstruowanych, stonowanych kreacji aktorskich. Jednak to co uczynił Gary Oldman to prawdziwy majstersztyk. Jego George Smiley z twarzą pokerzysty, powolnym, dystyngowanym krokiem to jedna z najlepszych powstałych ról ostatnich kilkunastu lat. Myślę, że i dla samego aktora to było prawdziwe wyzwanie. Do tej pory jego bohaterowie odznaczali się wybuchowym, niekontrolowanym niemalże psychopatycznym temperamentem. W przypadku Tinker, tailor, soldier, spy Oldman musiał tłumić wszelkie odruchy w gestach oraz mimice. Swoją grę (oprócz oczywiście genialnej charakteryzacji) oparł na tonacji, dykcji i barwie głosu, co jest tak samo fascynujące od ekspresji, którą widziałam w jego poprzednich rolach.

W pozostałych rolach zobaczymy m.in. Benedicta Cumberbatcha, Marka Stronga, Toma Hardy’ego, Johna Hart’a, Toby Jones’a i Colina Firth’a. Poza Firth’em i Hart’em pozostali aktorzy należeli do tych mniej rozpoznawanych twarzy, co się obecnie zmieniło.

Najwyraźniejszym bohaterem był, grany przez Hardy’ego, Ricky Tarr- miał najwięcej energii i przez to wydawał się najbardziej barwny. Aktor umie odpowiednio ukazywać emocje, tak aby jego kreacja wypadła poruszająco, a nie żałośnie. Tarr w jego wykonaniu wydawał się być beztroskim chłopcem, nieco naiwnym, wziętym z ulicy- posłusznym oraz, wbrew pozorom, sentymentalnym.

Natomiast Colin Firth, który pokazywał swój zawadiacki uśmieszek, wypadł dosyć blado na tle nawet młodszych kolegów z planu. Owszem czarował wyglądem, czego w moim odczuciu nie można było powiedzieć o tonie jego głosu. Wydawał się mało wypełniony oraz przekonywujący jak na postać o dość skomplikowanych relacjach z pojedynczymi osobami, zarówno w życiu zawodowym jak i osobistym. Nie była to jednak rola zła- po prostu jak na życiorys oraz psychologię bohatera – miała za mało siły przebicia oraz charyzmy.

Obronną ręką wyszedł Benedict Cumberbatch jako Peter Guillam. Jego rola jest oparta na dystyngowanej postawie, powściągliwej mimice i geście, ale nie niepozbawiona jeszcze młodzieńczej werwy. Do tego głęboka, niska, dobrze operowana, barwa głosu nadaje tej postaci skrytej, nieco tajemniczej stylizacji.

Przy Cumberbatch’u warto zwrócić uwagę na kostiumy, które sporo mówią o granych, zarówno przez niego jak i pozostałych, bohaterach. Chociażby błękitny krawat Petera jak i żółta kurtka Ricky’ego, które pokazują ich dynamikę, czynne działanie w porównaniu z szarym, zlewający się z brytyjskim klimatem, płaszczem Georga, utożsamiający jego flegmatyzm, stałość i spokój.

Zdjęcia promocyjne: Benedict Cumberbatch, kostium Toma Hardy i Gary Oldman

Na omówienie zasługują zdjęcia. Mamy zagospodarowaną przestrzeń, ustawione odpowiednie dostosowane światło i ciekawą perspektywę. Każdą scenę dopełnia melancholijna, niepokojąca muzyka hiszpańskiego kompozytora Alberto Iglesias'a. Nie narzuca się, nie przysłania wartości obrazu, ale pięknie z nim współgra.
Kadr z filmu Szpieg, 2011
Postać Guilliam'a tonie w mroku pomimo mocnego oświetlenia, co powoduje atmosferę niepokoju. Wielkość pomieszczenia oddaje perspektywa jednopunktowa, której podłoga tworzy płaszczyznę wzdłużoną. Bohater znajduje się na środku punktu znikającego, dlatego w tym ujęciu pomaga utrzymać na sobie całkowitą uwagę widza oraz lepsze zapamiętanie sceny jako jednej z ważniejszych w filmie.

Jeśli można mówić o świetnie zrealizowanych i przemyślanych scenach wymienię tylko jedną – „rozmowa Georga z Karlą”. Na jej temat napisałam już a propo monologów w filmach dlatego nie będę się powtarzać

Nieważna jest intryga ani to czy Smiley wytropi kreta czy nie. To należy tylko do tła całej historii zimnej wojny, relacjach przyjacielskich i emocjach. Bo trzeba przyznać, że akcja filmu, pomimo ciągłej wydawałoby się senności, jest bardziej intrygująca od cyklu o agencie 007.

Tinker tailor soldier spy jest przeznaczony dla dojrzałego widza. Można o tym dziele pisać niemalże w nieskończoność, ale chodzi o to, aby samodzielnie dać się porwać tej brutalnej choć wyciszonej intrydze, która wciąga niemal od pierwszych ujęć. To trzeba po prostu zobaczyć i przede wszystkim- poczuć.

Ocena ogólna 5+/6
Scenariusz i reżyseria 5/6
Zdjęcia 6/6
Aktorstwo 5/6 
Muzyka 5/6
Klimat 6/6

28 grudnia 2012

Spekulacje

AKTORZY/AKTORKI ROKU 2013

Kto będzie najbardziej popularny w nowym roku? Kto ma szansę zdobyć rzeszę nowych widzów? Spekulacje na rok 2013 wyglądają następująco.

1. JESSICA CHASTAIN

Aktorka do tej pory praktycznie pomijana w kinie, dostrzeżona dopiero w Służących. Kreuje postacie charyzmatyczne, lubiane a przede wszystkim silne psychicznie. Potrafi ograniczyć gesty i słowa, jak i je uwydatnić. W żadnym wypadku nie wydaje się przerysowana.
Najbliższe filmy:
Wróg numer jeden

2. DANIEL DAY LEWIS

Nie ważne jak bardzo Lincoln Spielberga będzie pompatyczny i ściskający za gardło. Lewis pojawia się na ekranie niezwykle rzadko, tak jakby kumulował cały swój talent na konkretne, wybrane dzieła. Często grał energicznie, a jego postacie były wręcz nieokrzesane. Tym razem wciela się w prezydenta Stanów Zjednoczonych, co go zmusi do ostudzenia temperamentu.  
Najbliższe filmy: 
Lincoln

3. ANNE HATHAWAY

Śpiewająca aktorka jako kobieta, która poświęca wszystko dla siebie i ukochanej córki. Rola ograna na wiele wersji, ale może być poruszająca. Hathaway ma ładną, silną barwę głosu i odpowiednio poświęciła się dla swojej postaci.  
Najlepsze filmy:
Nędznicy

4. LEONARDO DICAPRIO

Zwrot o 90stopni- wielkie nazwisko tym razem nie jako amant czy męczennik, ale prawdziwy villain. Nareszcie miła odmiana jak dla kogoś, kto przez kilka filmów z rzędu musiał odgrywać cierpienie i rozpacz. To wystarczy, aby pójść do kina.
Najbliższe filmy:
Django

5. RYAN GOSLING

Aktor, który potrafi dorównać mistrzom. Nie boi się pojedynków nawet z najlepszymi. Tym samym ukształtował swoje kreacje do ról silnych o pokerowej twarzy postaci.  
Najbliższe filmy:
Gangster Squad

6. JENNIFER LAWRENCE

Jedna z młodszych aktorek, która zasługuje na odrobinę uwagi. Zaczęła z mocną rolą w Do szpiku kości. Zwarzywszy na wiek pojawia się w różnych produkcjach od superprodukcji do kina ambitnego. Dość sprawnie odnajduje się w obu repertuarach.  
Najbliższe filmy: 
Poradnik pozytywnego myślenia

7. BENEDICT CUMBERBATCH

Nietypowy wygląd i przedziwne role. Cumberbatch trochę przypomina mi Oldmana- jest niezwykle nieprzewidywalny w swoich postaciach. Spokój na twarzy tylko wzbudza niepokój u widza, bo za chwilę może wybuchnąć. Trochę jak bomba z opóźnionym zapłonem. Może w tych eskapadach jest trochę teatralnej przesady, ale mimo wszystko na ekranie przyciąga uwagę widza.  
Najbliższe filmy: 
Star trek:Into darkness 
Twelve Years a Slave
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...