Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świetne kreacje aktorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świetne kreacje aktorskie. Pokaż wszystkie posty

18 maja 2014

Eastern Promises (Wschodnie obietnice, reż. David Cronenberg, 2007)

Film oglądałam dość dawno, był mi potrzebny do napisania pracy licencjackiej. Ostatnio odświeżyłam seans i jak się okazało, ponownie dostarczył mi sporo emocji, stąd pojawiła się ta recenzja. Historia zaczyna się od śmierci - podczas porodu młoda Rosjanka umiera w szpitalu. Dzieckiem zajmuje się pielęgniarka Anna. Postanawia odnaleźć dla niego dom. Podczas czytania dziennika dziewczyny dowiaduje się, że była  ona prostytutką. Anna trafia na ślad rosyjskiej mafii zajmującej się m.in. handlem żywym towarem.

O Wschodnich obietnicach nie można mówić, że ma perfekcyjną reżyserię, a przy tym genialną realizację. Film ma wiele minusów, nieścisłości, słaby montaż, a wszystkie te techniczne błędy są spowodowane pociętym, oryginalnym scenariuszem. 

Ze względu na sporą dawkę okrucieństwa nie jest przeznaczony dla osób wrażliwych. Rosyjska mafia osiadła w Wielkiej Brytanii nie używa do rozwiązania konfliktu pistoletów, ale noże. Scena z podrzynaniem gardła pojawia się dwukrotnie, a do tego mamy jeszcze słynną krwawą sekwencję w tureckiej łaźni, gdzie nagi Viggo Mortensen urządza prawdziwą rzeź. 

Największym plusem całego dzieła jest obsada i stworzone przez nich, niejednowymiarowe, budzące sprzeczne uczucia postaci. Między sobą aktorzy stworzyli niesamowitą więź, a pomiędzy ich bohaterami widać ciekawie utworzony trójkąt miłosny.

Nietypową i oryginalną ścieżkę obrał sobie Viggo Mortensen, tworząc Nikolai’a Luzhin’a, rosyjskiego grabarza i szofera. Antybohater ten ma w sobie tyle godności oraz arogancji, że na długo po seansie trudno jest tak po prostu o nim zapomnieć. Ograniczone, poczciwe wręcz uspokajające ruchy dłoni i niemal kamienna twarz. Ostudzony entuzjazm, którym nas karmi wzbudza pokrewne uczucie niepokoju.. Zamiast słów, przez twarz Nikolaia często przebiega ledwie widoczny uśmiech. I nie jest on ani ironiczny ani złośliwy. Tylko smutny. Bohater Mortensena nie jest papierowy, prosty czy płaski. Gasi papierosa na języku, odcina nieboszczykowi palce, by za chwilę pomóc młodej pielęgniarce Annie w odnalezieniu rodziny dla pewnego dziecka. Choć przy jednym z pierwszych spotkań kobieta odczuła do niego niechęć. Scenarzysta tak opisał wygląd Nikolai’a- „Jest arogancki i wygląda protekcjonalnie, gwałtownie. Mówią o tym również jego twarz, garnitur i tatuaże”(Knight S., Sreenplay Eastern Promises, www.script-o-rama.com). Aktor tchnął ducha w swoją postać, nie tylko jeśli chodzi o elementy wizualne, ale również i intonację, akcent i barwę głosu. Nikolai poprzez podejmowanie różnych sprzecznych wyborów należy do elity genialnie stworzonych antybohaterów. Z jednej strony do zła pcha go syn gangstera Kirill to z drugiej strony pojawia się Anna, dzięki której dokonuje ludzkich czynów. Obie postacie są dla Nikolaia ważne i jednocześnie niebezpieczne. Zarówno Kirill jak i Anna mocno go kochają, przez co różnie wpływają na jego decyzje. Ale trzeba również wspomnieć, że sam Nikolai będąc świetnym manipulantem potrafi kierować poczynaniami obu tych osób. Nie do końca wiadomo czy potrafi obdarzyć kogoś szczerym uczuciem.

Przy głównej roli warto jest zwrócić uwagę również na drugi plan. W filmie stworzył doskonałą kreację, obalając w ten sposób mit gangstera – twardziela. Vincent Cassel i jego Kirill obdarł swojego antybohatera z samokontroli oraz łagodności. Rzucił się w wir improwizacji, gra całym ciałem tak silnie i porywczo, że widz oglądając go wstrzymuje oddech. Nie wiadomo jak się zachowa w danym momencie. Jest nieokrzesany, niekontrolowany, przez co niesamowity. Kirill jest jedynym synem rosyjskiego mafiosa. Jest postacią wybuchową, pyskatą i impulsywną. Nigdy nie wiadomo jak zareaguje na to co się wokół niego dzieje. Dość długo ukazywany jest jako postać wyjątkowo agresywną, skłonna do pijaństwa i histerycznego napadu złości. Ta agresja, którą tak perfekcyjnie kreuje Cassell jest spowodowana brakiem miłości i akceptacji ze strony ojca, który nie może znieść, że jego jedyny syn jest homoseksualistą. Poniżany i bity Kirill, również zachowuje się brutalnie wobec osób „niższego szczebla” w gangu. Mamy tym samym ukazanie nowego oblicza gangstera, który nie tylko nie może spełnić wymagań surowego ojca, ale również pogodzić się z tym kim jest. W efekcie zakochuje się w Nikolaiu, swoim kierowcy, gdyż tamten jest mu uległy i posłuszny. Choć trudno do końca stwierdzić czy ze strony Nikolaia jest to przyzwyczajenie, cierpliwość czy tylko gra.
Vincent Cassell i Viggo Mortensen, kadr z filmu Wschodnie obietnice
dyst. Focus Features.

Naomi Watts stworzyła ze swojej bohaterki Anny równowagę dla Kirilla Vincenta Cassella i podporę dla Nikolaia Viggo Mortensena. Jej postać, choć może trąci naiwnością należy do bardzo dobrze wykreowanych ról. Bowiem Anna nie jest tak namacalna jak Kirill czy Nikolai, to raczej symbol dobra i niewinności, nadziei nie tylko dla dziecka, któremu poszukuje domu, ale również dla obu męskich bohaterów. Watts nawet w najbardziej emocjonalnych scenach nie przesadzała z silną stylizacją w swojej kreacji, a pomimo tego tworzyła coś więcej niż tylko tło.

Na uwagę zasługuje muzyka. W zestawieniu z brutalnością na ekranie tworzy dla obrazu dość nietypową otoczkę. W niektórych fragmentach największą rolę odgrywają skrzypce, ale jest także męski chór czy trąbka.

Wschodnie obietnice pomimo kiepskiego montażu, a przez to kilku nieścisłości należy do interesującej hybrydy gatunkowej, w której choć powinno być sporo z kina gangsterskiego i kryminału jest najwięcej dramatu jednostki. Ważne są w nim emocje, sprzeczność bohaterów i przewrotność w ukazywaniu prostej historii. To czyni dzieło Cronenberga może nie najlepsze w jego karierze, ale z pewnością jedne z najbardziej poruszających.

14 marca 2014

True Detective (Detektyw, reż. Cary Fukunaga, 2014-)

Fabuła
Dwóch policjantów Martin Hart i Rust Cohle opowiada o morderstwie sprzed 17 lat. Wkrótce okazuje się, że sprawa nie została zamknięta. 

True Detective to raczej ośmiogodzinny film podzielony na osiem części, a nie sezon serialu składający się z ośmiu odcinków. Mamy ciągłość narracyjną i fabularną, wątki poboczne nie rozwijają się na osobnych torach, raczej dotyczą studium psychologii bohaterów. Zarówno narracja, fabuła jak i techniki operatorskie oraz montażowe przybliżają go do pełnometrażowej produkcji.

Narracja UWAGA NIŻEJ WYMIENIONE INFORMACJE MOŻNA UZNAĆ ZA SPOILER!
Ciekawy jest sposób prowadzenia narracji. Otóż mamy punkty widzenia dwóch głównych bohaterów (w połowie odcinka szóstego nawet jednego), którzy relacjonują minione wydarzenia. Czas teraźniejszy dotyczy przesłuchania obu postaci (a od końca szóstego odcinka kontynuacji śledztwa) i czas przeszły czyli 17 lat wstecz od momentu pojawienia się pierwszego morderstwa. Reżyser korzysta tu z kluczowych elementów montażowych, które manipulują czasem. Mam na myśli popularne retrospekcje. Już przy pierwszych odcinkach widzimy, że to co mówią bohaterowie, nie pokrywa się z tym, co się działo naprawdę.

Widz ma ograniczony dostęp do wiedzy w fabule, gdyż do końca odcinka siódmego wiemy dużo mniej niż bohaterowie (co nie oznacza, że nie możemy się czegoś domyślać)- to oni wprowadzają nas do swojego świata, fabuła pokazuje  ich stany psychiczne, relacje między sobą, a innymi. Natomiast pod koniec odcinka szóstego retrospekcje niemal znikają (jest jedna w siódmym odcinku, jednak dotyczy nie tak odległej przeszłości i jest z punktu widzenia Rust'a), pojawia się tylko czas teraźniejszy i narrator wszechwiedzący. Pod koniec siódmego odcinka,  dostęp do wiedzy się zmienia – Rust i Martin dążą do tego, czego już domyślają się widzowie. 

Narracja i fabuła z teraźniejszości należy do względnie obiektywnych (widzimy jedynie zewnętrze zachowanie postaci), natomiast retrospekcje zdarzają się być również ujęciami z punktu widzenia (widzimy to, co bohater). Zarówno w teraźniejszości jak i retrospekcjach pojawia się subiektywizacja mentalna (to znaczy wchodzimy głębiej w psychologię bohatera, widząc i słysząc jego myśli, halucynacje czy marzenia senne). Ten sposób narracji przypisujemy Rust’owi, z którym "doświadczamy" wizji (nie z jego punktu widzenia, ale jako świadkowie). Właśnie między innymi dlatego to on, a nie racjonalny, twardo stąpający po ziemi Martin, wydaje nam się dużo bardziej interesujący.
Jedna z wizji Rusta, subiektywizacja mentalna, kadr z serialu True detective

Aktorstwo
Stonowana i silna stylizacja, można by powiedzieć prosto o dwóch głównych kreacjach. Otóż nie do końca tak jest.

Matthew McConaughey ma minę bez wyrazu, oczy przymrużone, spojrzenie niczym u ćpuna, ale jego gesty są jak najbardziej żywe. Swoją jednotonową barwą głosu podkreśla każde słowo, pełnymi nonszalancji ruchami dłoni. Postawa sugeruje, że Rust poddał się pesymizmowi i narkotycznym majakom. Idzie z opuszczoną głową, bezsensownie patrzy w pustkę, długo milczy, a jak już się odezwie to nie może przestać, nakręcając się do zwierzeń, które na pierwszy rzut oka wydają się pozbawione ładu i sensu. Jednak to właśnie Rust przykuwa naszą uwagę. McConaughey sprawnie zwodzi widza, robiąc z punktu widzenia aktorskiego naprawdę niewiele, ale właśnie dzięki tej chłodnej stylizacji powoduje, iż oderwanie od niego wzroku graniczy z cudem. Tworzy skomplikowaną sylwetkę człowieka, pozbawionego chęci bliskości, jednostki ogarniętej dystansem do najbliższego otoczenia i niepokojącej empatii dla morderców. 

Woody Harrelson stworzył bohatera bliższego widzowi i bynajmniej nie mniej dla niego interesującego. Martin jest niby prosty, jednowymiarowy i wydawałoby się, że nieskomplikowany. Przez jego twarz przebiega cała gama różnorakich emocji, ma barwną mimikę, ale przy tym ogranicza gesty. Postawą, pokazuje swoją otwartość. Bohater ten jest wbrew pozorom równie intrygujący co Rust. Poznajemy go jako człowieka mającego wszystko, czego potrzebuje do szczęścia, ale sam doprowadza do zrujnowania tego. Ba, nawet, gdy dostaje drugą szansę, popełnia te same czyny, tym samym działa niczym  niszczycielska siła na najbliższe mu osoby.
Woody Harrelson jako Martin, Matthew McConaughey jako Rust,
kadr z serialu True detective

Martin udaje, że potrzebuje stabilności, choć nie jest to do końca prawda, Rust natomiast kłamie, że
nikogo nie potrzebuje. Obaj bohaterowie oszukują się, choć wydaje się iż do siebie nie pasują i sami się ku takim opiniom składają, należą do zgranego zespołu. Nie mamy tu wielkich sprzeczek, ani też całkowitego uzupełniania się. Postacie są różne poprzez inne rozumienie świata. Jakbym to powiedziała prosto- Rust to czucie i wiara, a Martin to szkiełko i oko. 

Technika zdjęciowa
Zdjęcia nadają scenerii ponurego wyrazu. Barwy są odpowiednio stonowane, postaci wtapiają się w tło. Dużą rolę odgrywa otwarta przestań, będąca niejako trzecim bohaterem serialu – pola, moczary, bagna, lasy, opuszczone ruiny na środku pustkowia i wyjątkowo często ukazywana, a to z kąta wysokiego albo prostego (kadrowanie), ale zawsze na planie totalnym. Peryferia Ameryki jakie rzadko się gdziekolwiek spotyka – szczególnie w serialach. Brzydkie domy, ich wnętrza, brud przy którym niemal czuje się przebywające tam spocone ciała, zatęchłe ściany. A wszystko to oświetlone w niskim kluczu (klucz w oświetleniu). Pojawia się również kamera na torze półkolistym.
ukazanie zdjęć z kąta wysokiego na planie totalnym
Dźwięk  i Muzyka
Zważywszy na pojawiające się liczne retrospekcje mamy wprowadzenie do nich widza poprzez słowa bohaterów, czyli  tzw. pomost dźwiękowy (dźwięk ze sceny poprzedniej słyszalny jest jeszcze w scenie następnej), który łączy płynne przejścia między scenami. Pomost dźwiękowy dotyczy klasycznego kina narracyjnego. Natomiast muzyka całkowicie podporządkowana równie mrocznym zdjęciom. Nie mamy tutaj rozbieżności między tym co widzimy, a co słyszymy. Motyw muzyczny oddaje charakter serialu. Jest niepokojący, niekiedy ociera się o gatunek horroru, a nie kryminału policyjnego czy noir.

Montaż
Technice montażu bliżej do filmowej niż serialowej. Jak już wspomniałam kluczową rolę odgrywa retrospekcja i jest ona poprowadzona tak, aby widz się w niej nie pogubił. Bohaterowie jako narratorzy wprowadzają nas do swoich retrospekcji, poprzez ostre cięcia montażowe.

Podsumowanie
True detective należy do seriali, które łączą elementy klasyczne z elementami kina współczesnego. Nie powinno się o nim mówić jak o typowym noir, choć narracja, dźwięk, zdjęcia, kreacje bohaterów jak najbardziej z niego korzystają. Mamy również klimat gęsty, mroczny z nostalgicznym tempem. Serial przypomina o nurcie już dawno nieistniejącym, stąd dla osób, które mają sentyment do klasycznego kina True detective  będzie dla niego niezapomnianym powrotem do przeszłości. Jeśli zaś chodzi o historię, to nie należę do osób na siłę doszukujących się dziwnych przesłań, symbolizmu oraz powtarzających się motywów, które w moim odczuciu są zwyczajnym zwodzeniem i grą z widzem. Dla mnie ten serial jest- i tu sparafrazuję słowa Rusta- o historii starej jak świat czyli walce światła z ciemnością.

19 stycznia 2014

Wolf of Wall Street (Wilk z Wall Street, reż. Martin Scorsese, 2013)

Wilk z Wall Street opowiada historię, na podstawie barwnej autobiografii, brokera Jordana Belforta - jego szybką drogę na szczyt, nielegalne działania, uzależnienia od narkotyków, alkoholu i seksu. Jest narratorem filmu, to on wprowadza widza do swojego świata, zwierza mu się i niejednokrotnie puszcza do niego ok. Sam film nakręcony jest w konwencji czarnej komedii. Dla jedynych najnowsze działo Martina Scorsese będzie niemal trzygodzinną dobrą zabawą. Co poniektórzy mogą być zniesmaczeni jego wulgarnością i obscenicznością. Ja byłam gdzieś pośrodku i o ile nie przeszkadza mi oglądanie tego teatru rozpusty o tyle mam duże "ale" co do motywu jego przedstawienia.
Kadr z filmu Wilk z Wall Street, dyst. Paramount Pictures

Rzeczywiście, trzeba przyznać, że jeśli lubimy tego rodzaju humor, to wtedy trzy godziny mijają w mgnieniu oka. Żart goni żart, gagi mnożą się ze sceny na scenę. Tak, wszystko fajnie, przyjemnie jest się pośmiać. Jednak pojawiający się punkt kulminacyjny przekręca dzieło o 90 stopni, i tym samym pojawia się przykra tragedia. Ale co z tego, skoro przez pierwsze dwie i pół godziny śmialiśmy się z tarzających się po ziemi ćpunów- alkoholików- seksoholików maklerów? Nim ułożył mi się w głowie obraz dużych dzieci, nieodpowiedzialnych, nieszczęśliwych ludzi, chciwie goniących za kasą, kokainą i biurowymi prostytutkami, seans się zakończył. Zgubiłam gdzieś więź z bohaterami, nie współczułam im, nie obchodził mnie ich dalszy los. Gdyby dzieło miało od początku tragikomediową stylizację, pewnie odebrałabym to inaczej. A tak - biografia na haju, z podobnego gatunku co psychodeliczne Las Vegas Parano. Jeżeli film miał charakter moralizatorski, to wybaczcie, ale ja go nie zauważyłam, przynajmniej nie na tyle by do mnie całkowicie przemówił.

O ile średnio przypadł mi do gustu zarówno komediowy wydźwięk filmu oraz proporcje żartów nad powagę sytuacji, o tyle aktorsko Wilk z Wall Street to prawdziwy majstersztyk.

Leonardo DiCaprio przebił samego siebie i stworzył postać tak samo przyciągającą co odpychającą. Sprzeczność- coś co się udaje niewielu aktorom. Same wybryki głównego bohatera wywoływały we mnie niesmak, ale jeśli miałabym patrzeć na sposób kreacji, no cóż… Trudno było oderwać oczy. Charyzma i impulsywność, prawdziwy „emocjonalny wylew”, popychany zwierzęcym instynktem. Żałość oraz wewnętrzna brzydota Jordana Belforta zderzona z jego ładną buźką i wilczym uśmiechem czyni go genialnym antybohaterem. Co ciekawe jest to ktoś niemal namacalny, mięsisty i niepokojąco realny.

Tłem dla postaci DiCaprio jest Jonathan Hill w roli Donnie’go Azoffa- najbliższego współpracownika i przyjaciela Jordana. Hill pojawia się jedynie w duecie stąd trudno wywnioskować jak wypadłby jako oddzielna jednostka. Jednak to jak partneruje DiCaprio wystarczy, by powiedzieć, że rola jest odegrana znakomicie. Mamy nietypową przyjaźń dwójki moralnie upadłych brokerów, którzy wydają się dobrze porozumiewać tylko i wyłącznie wtedy, gdy są na wspólnym odlocie.

Dziesięciominutowy występ Matthew McConaugheya bez dwóch zdań zapisze się w amerykańskiej kinematografii. Mark Hanna staje się niejako mentorem Belforta. Z początku wydaje się co najmniej dziwaczny, choć tak naprawdę jest właśnie zwiastunem tego, co się będzie dalej działo z głównym bohaterem. A stworzony jest naprawdę obłędnie.


Kolejnym pozytywnym aspektem są zdjęcia i montaż. Scorsese nigdy nie zawiódł jeśli chodzi o techniczne filmowe zabiegi. Nie zabraknie slow motion w chwili zażywania narkotyków, wysokiego kąta w kadrowaniu tuż po zakończeniu jeden z orgii w apartamencie Belforta czy płynnie przemieszczającej się kamery - zarówno za jak i przed bohaterem.
Gif jednej ze scen Wilka z Wall Street

Być może to spowodowało, że czułam w Wilku z Wall Street ambitniejsze dzieło niż jest w rzeczywistości. Długo zastanawiałam się jak ocenić ten film. Na zakończenie podsumuję tak - jeśli ktoś lubuje się w mocno czarnych komediach to na pewno będzie usatysfakcjonowany. Pozostali... No cóż również powinni go obejrzeć - nie dla ukazanych wszelkiego rodzaju używek, ale dla aktorów, którzy się poświęcili, aby naprawdę wiernie pokazać ich oddziaływanie.

Ocena ogólna 4-/6
Scenariusz 3/6
Reżyseria 5/6
Aktorstwo 6/6
Zdjęcia 4/6
Klimat 3/6

10 września 2013

Rosencrantz and Guildenstern Are Dead (Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, reż. Tom Stoppard, 1990)

Do obejrzenia filmu zachęcił mnie artykuł Sławomira Sikory, który odnalazłam w sieci pt. Rosencrantz i Guildenstern nie żyją, czyli jak być. Shakespeare, antropologia i Toma Stopparda gra w teatr. Ponad to trudno mi było się nie oprzeć, żeby nie obejrzeć filmu z dwoma charakterystycznymi aktorami jakimi są Gary Oldman i Tim Roth. 

Tom Stoppard to ten sam reżyser, który dużo później zdobył mnóstwo nagród za Zakochanego Shakespeare'a, ale jeśli ktoś jak ja nie przepadał za tą produkcją to może odetchnąć z ulgą, bowiem Rosencrantz i Guildenstern nie żyją należy do zupełnie innej kategorii. Lepszej czy gorszej? To już zależy od sposobu patrzenia. Na pewno jedyne reżyserskie dzieło Stopparda ogląda się dużo trudniej, aczkolwiek w moim odczuciu ma w sobie więcej potencjału.

Przyjemność oglądania to zasługa nie tylko dialogów, ale i przede wszystkim aktorów. Stoppard jednocześnie poddał się językowi Shakespeare'a i równocześnie go ożywił. Natomiast odtwórcy głównych ról sprawdzili się rewelacyjnie. Od razu można dostrzec, że poruszanie się w teatralnej, a przy tym absurdalnej płaszczyźnie to dla nich nic trudnego.

Fabuła jest dwutorowa- jedna dotyczy hamletowskiej sztuki (prowadzonej przez tajemniczego Gracza w wykonaniu Richarda Dreyfussa) kolejna zaś jest o niemocy postaci, jej hermetyczności w dramacie. O ile pierwsza przebiega pobocznie (Hamlet, Ofelia i inni bohaterowie biegają po zamku, co chwilę znikają) o tyle druga należy do głównych wątków. Ale co z tego, że jest główna, skoro nie nie wpływa na rozwój narracji. Już pierwsza scena pokazuje wspomnianą niemoc, gdy ciągle wyrzucana jest reszka. Rosencrantz i Gulidenstern nie wiedzą kim są (nawet mylą własne imiona), więc idą zgodnie z wolą sztuki. Pomimo iż ubarwiają sceny, to i tak nie mają one żadnego wpływu na przebieg fabuły. Dlatego postacie prowadzą swoje dance macabre w komediowo- tragicznym sosie, bawiąc się chwilą, puszczając oko do widza. 

Dodatkowo film pokazuje wzajemne relacje pomiędzy kontrastującymi ze sobą Rosencrantz’em i Guildenstern’em. Pomimo iż obaj operują głosem, zarówno pod względem intonacji, dykcji jak i tempa mówienia, ich kreacje wyróżniają się- jedna stylizacja jest silna druga zaś stonowana.
Kadr z filmu Rosencrantz i Guildenstern nie żyją

O ile Gary Oldman gra bardzo emocjonalnie, ukazują całą gamą mimiki, określa tym samym prostolinijność, pomysłowość i pechowość swojego bohatera, o tyle Tim Roth niemal całkowicie tłumi pozytywne uczucia, jego postać jest sceptyczna, zamknięta, chłodna i sarkastyczna.

Zdjęcia Petera Biziou genialnie prezentują się we wnętrzach pomieszczeń. Widzimy w nich porządek, harmonijność i prostotę, a przy tym płaskość płaszczyzny. 
Kadr z filmu Rosencrantz i Guildenstern nie żyją

Większość ze scen zasługuje na uwagę- zarówno gra słowna bohaterów, jak i monolog Rosencrantza o śmierci (Potęga słów. Monologi w filmach).

Dzieło Stopparda jest zaskakujące i błyskotliwe. Stawia pytanie o sens bycia pobocznych bohaterów w sztuce. I chociaż w tle pobrzmiewa tylko echo słynnego monologu "Być albo nie być", istota jego wydaje się nie mniej istotna niż w klasycznym Hamlecie.

Ocena ogólna 5/6
Scenariusz i reżyseria 4/6
Dialogi 6/6
Zdjęcia 5/6
Aktorstwo 6/6
Klimat 5/6

2 września 2013

Il grande Silenzio (Wielki Cisza, Człowiek zwany Ciszą, reż. Sergio Corbucci, 1968)

Zimowa sceneria. Przez zaspy przebija się jeździec. Zaatakowany przez grupę bandytów, odpowiada ogniem. Ocalały napastnik błaga go o życie. Wiemy, już że tajemnicy jeździec nazywa się Silence. I jest tak samo bezwzględny. Po incydencie otrzymuje zapłatę i rusza przed siebie.
Prolog. Kadr z filmu Wielki Cisza, dyst, MGM 

Czołówce towarzyszy muzyka Ennio Moriccone. Jean-Louis Trintignant i Klaus Kinski w filmie Sergio Corbucci’ego Il Grande Silenzio.

Rok 1968. Tak zaczyna się spaghetti western uważany przez krytyków za najlepszy w dorobku w. w . reżysera. Wielki Cisza burzy całą konwencję filmową, którą stworzył Leone, a on sam na jego podstawie pieczołowicie budował.

Mamy śnieg, partyzantów, czarnoskórą piękność. Miasteczko nie jest zastraszone przez bandytów, ale łowców nagród. Nieznajomy, poprzez niewielką retrospekcję, należy do postaci o ciekawej psychologii. Do tego oryginalne zakończenie i czarnych charakter, na którego poniekąd spada cała odpowiedzialność jeśli chodzi o rozluźnienie ponurej atmosfery filmu.

To, że film ma zupełnie inną formę odpowiada nie tylko reżyser, ale i aktorzy. Antagonista w wykonaniu Klausa Kinski nie przelewa w słowach, ale to na jego barkach spoczął „ciężar” w postaci dialogów, który do tej pory należały w większej mierze do protagonisty. Kinski oparł swojego bohatera na spokojnej kreacji, ale nie niepozbawionej charakteru. Ma charyzmę, siłę przekonywania, a jego błękitne oczy uderzają zarówno bezwzględnością jak i ironią. Inteligencja oraz spryt postaci osiąga punkt kulminacyjny przy scenie, gdzie jest próba jej sprowokowania do sięgnięcia po broń.

I tutaj warto przenieść zainteresowanie na protagonistę. Jean-Louis Trintignant grał mimiką i gestem. Jego twarz wyrażała wszystko co mógłby powiedzieć. Silence jest wbrew pozorom dość krwistym bohaterem. Bliżej mu do postaci z klasycznych westernów niż spaghetti dzieła. Mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że jest ludzki przez swoją delikatność i wrażliwość.

Muzyka gra na emocjach, ale nie ma w niej przesadny jak często zdarzało się (i nadal zdarza) w kinie amerykańskim. Wprowadza nastrój i buduje klimat, zarówno w scenach podniosłych, zabawnych jak i tych ponurych. Zarówno tutaj jak i innych dziełach Moriccone opiera utwory na dźwięku skrzypiec oraz chórze. Tak jak w przypadku poprzednich filmów i w Wielkim Cisza mamy do czynienia z niezwykłe skomponowanym głównym temacie muzycznym.

Wielki Cisza nie obronił się od mniej lub bardziej widocznych błędów logicznych (np. idealnie odśnieżone drogi, przez które przejeżdża dyliżans), ale mimo wszystko poprzez swoją oryginalność zasługuje na uwagę. Rzadko się bowiem zdarza, aby w latach wysypu konkretnego gatunku filmowego pojawił się film, który dosłownie niszczy całe jego podwaliny, a na mocnych fundamentach tworzy coś tak emocjonalnie pięknego.

Ocena ogólna 5-/6
Scenariusz i reżyseria 4-/6
Zdjęcia 4-/6
Aktorstwo 5/6 
Muzyka 6/6
Klimat 6/6

21 sierpnia 2013

Tinker tailor soldier spy (Szpieg, reż. Thomas Afredson, 2011 )

Recenzja została przeze mnie zmodyfikowana. Pierwotna wersja pojawiła się na stronie Valkiria.net.

Są takie filmy, które można oglądać non stop. Wyrywać pojedyncze sceny, obserwować osobne role, relacje między aktorami, słuchać samego soundtracku, a wszystko to, aby wydobyć z niego jak najwięcej. Takie właśnie może być dla niektórych dzieło duńskiego reżysera Thomasa Afredsona.

Tinker tailor soldier spy jest adaptacją powieści Johna le Carré pod tym samym tytułem. Fabuła dotyczy afery w brytyjskim wywiadzie, gdzie głównodowodzący Kontroler podejrzewa iż w cyrku (tajnej służbie brytyjskiego wywiadu) znajduje się kret. Śledztwo zaczyna prowadzić emerytowany już agent George Smiley. Ten, przenikliwe prześwietla niemal całe MI6, składając przy tym elementy rozrzuconej układanki i odkrywa przy tym jeden z największych skandali w historii agentów.

Film jest stylizowany na lata 60 zarówno pod względem prowadzenia warsztatu jak i klimatu. Kamera snuje się między bohaterami niczym główny bohater. Barwy są poddane desaturacji, obraz wygląda tak, jakby był nagrany na starej, brudnej taśmie filmowej. Wnętrza pomieszczeń gęstnieją od ludzi, starej technologii i dymu papierosowego. Szpiedzy nie rzucają się w oczy, podobnie jak morderstwa, w których uczestniczą.
Kard z filmu Szpieg, 2011

Widziałam mnóstwo dobrze skonstruowanych, stonowanych kreacji aktorskich. Jednak to co uczynił Gary Oldman to prawdziwy majstersztyk. Jego George Smiley z twarzą pokerzysty, powolnym, dystyngowanym krokiem to jedna z najlepszych powstałych ról ostatnich kilkunastu lat. Myślę, że i dla samego aktora to było prawdziwe wyzwanie. Do tej pory jego bohaterowie odznaczali się wybuchowym, niekontrolowanym niemalże psychopatycznym temperamentem. W przypadku Tinker, tailor, soldier, spy Oldman musiał tłumić wszelkie odruchy w gestach oraz mimice. Swoją grę (oprócz oczywiście genialnej charakteryzacji) oparł na tonacji, dykcji i barwie głosu, co jest tak samo fascynujące od ekspresji, którą widziałam w jego poprzednich rolach.

W pozostałych rolach zobaczymy m.in. Benedicta Cumberbatcha, Marka Stronga, Toma Hardy’ego, Johna Hart’a, Toby Jones’a i Colina Firth’a. Poza Firth’em i Hart’em pozostali aktorzy należeli do tych mniej rozpoznawanych twarzy, co się obecnie zmieniło.

Najwyraźniejszym bohaterem był, grany przez Hardy’ego, Ricky Tarr- miał najwięcej energii i przez to wydawał się najbardziej barwny. Aktor umie odpowiednio ukazywać emocje, tak aby jego kreacja wypadła poruszająco, a nie żałośnie. Tarr w jego wykonaniu wydawał się być beztroskim chłopcem, nieco naiwnym, wziętym z ulicy- posłusznym oraz, wbrew pozorom, sentymentalnym.

Natomiast Colin Firth, który pokazywał swój zawadiacki uśmieszek, wypadł dosyć blado na tle nawet młodszych kolegów z planu. Owszem czarował wyglądem, czego w moim odczuciu nie można było powiedzieć o tonie jego głosu. Wydawał się mało wypełniony oraz przekonywujący jak na postać o dość skomplikowanych relacjach z pojedynczymi osobami, zarówno w życiu zawodowym jak i osobistym. Nie była to jednak rola zła- po prostu jak na życiorys oraz psychologię bohatera – miała za mało siły przebicia oraz charyzmy.

Obronną ręką wyszedł Benedict Cumberbatch jako Peter Guillam. Jego rola jest oparta na dystyngowanej postawie, powściągliwej mimice i geście, ale nie niepozbawiona jeszcze młodzieńczej werwy. Do tego głęboka, niska, dobrze operowana, barwa głosu nadaje tej postaci skrytej, nieco tajemniczej stylizacji.

Przy Cumberbatch’u warto zwrócić uwagę na kostiumy, które sporo mówią o granych, zarówno przez niego jak i pozostałych, bohaterach. Chociażby błękitny krawat Petera jak i żółta kurtka Ricky’ego, które pokazują ich dynamikę, czynne działanie w porównaniu z szarym, zlewający się z brytyjskim klimatem, płaszczem Georga, utożsamiający jego flegmatyzm, stałość i spokój.

Zdjęcia promocyjne: Benedict Cumberbatch, kostium Toma Hardy i Gary Oldman

Na omówienie zasługują zdjęcia. Mamy zagospodarowaną przestrzeń, ustawione odpowiednie dostosowane światło i ciekawą perspektywę. Każdą scenę dopełnia melancholijna, niepokojąca muzyka hiszpańskiego kompozytora Alberto Iglesias'a. Nie narzuca się, nie przysłania wartości obrazu, ale pięknie z nim współgra.
Kadr z filmu Szpieg, 2011
Postać Guilliam'a tonie w mroku pomimo mocnego oświetlenia, co powoduje atmosferę niepokoju. Wielkość pomieszczenia oddaje perspektywa jednopunktowa, której podłoga tworzy płaszczyznę wzdłużoną. Bohater znajduje się na środku punktu znikającego, dlatego w tym ujęciu pomaga utrzymać na sobie całkowitą uwagę widza oraz lepsze zapamiętanie sceny jako jednej z ważniejszych w filmie.

Jeśli można mówić o świetnie zrealizowanych i przemyślanych scenach wymienię tylko jedną – „rozmowa Georga z Karlą”. Na jej temat napisałam już a propo monologów w filmach dlatego nie będę się powtarzać

Nieważna jest intryga ani to czy Smiley wytropi kreta czy nie. To należy tylko do tła całej historii zimnej wojny, relacjach przyjacielskich i emocjach. Bo trzeba przyznać, że akcja filmu, pomimo ciągłej wydawałoby się senności, jest bardziej intrygująca od cyklu o agencie 007.

Tinker tailor soldier spy jest przeznaczony dla dojrzałego widza. Można o tym dziele pisać niemalże w nieskończoność, ale chodzi o to, aby samodzielnie dać się porwać tej brutalnej choć wyciszonej intrydze, która wciąga niemal od pierwszych ujęć. To trzeba po prostu zobaczyć i przede wszystkim- poczuć.

Ocena ogólna 5+/6
Scenariusz i reżyseria 5/6
Zdjęcia 6/6
Aktorstwo 5/6 
Muzyka 5/6
Klimat 6/6

30 maja 2013

Place Beyond the Pines (Drugie oblicze, reż. Derek Cianfrance, 2013)

Place Beyond the pines, idzie w stronę produkcji ambitnych, choć niepozbawionej naiwności. Ma uporządkowaną, przemyślaną historię, synchronizowaną i rytmiczną formę narracji oraz bardzo dobrze poprowadzone aktorstwo. Jednak jeżeli ktoś wybiera się do kina tylko ze względu na fabułę, może nie być w pełni usatysfakcjonowany.

Film składa się z trzech segmentów i opowiada losy czterech mężczyzn. Do każdej z nich mamy charakterystyczny wstęp samotnej jednostki wkraczającej w tłum.
Kadr z filmu, Drugie oblicze, 2012

Pierwsza część dotyczy kaskadera Luck'a. Ryan Gosling jest tak samo magnetyczny, a przy tym niezmiernie chłodny w kreacji co w swoich wcześniejszych rolach. Zaczęto go niebezpiecznie szufladkować, choć jak na razie aktor wychodzi z tego obronną ręką. Dużo pokazuje ledwie widocznym uśmiechem, niską, nieco ochrypniętą barwą głosu i smutnym spojrzeniem. Jest niezmiernie przejmujący i realistyczny w tym co mówi i robi.

Stonowana kreacja w roli Ryana Goslinga
z partnerującym mu Benem Mendelsohn'em

Więcej musiał się wykazać Bradley Copper w roli policjanta Avery’ego Crossa. Miał niezmiernie trudne zadanie, gdyż przejmował opowieść po bohaterze granym przez Goslinga, a jednocześnie tworzył indywidualną wersję wydarzeń. Wybrał do tego silną kreację, którą miarowo buduje przez swoją połowę filmu. Widać w tej roli niezwykłą dojrzałość, pozbawioną przesadnej galopady.

silna kreacja w roli Bradley'a Coopera

Każda z trzech części tworzy oddzielną historię. Pierwsza zapewne przypadnie do gustu widzom. Pomimo pewnej schematyczności, najbardziej podobała mi się ta ostatnia. Pojawia się w niej scena w lesie, choć może nieco sztampowa ze względu na wydźwięk odkupienia win, w tym wypadku jest dość przejmująca. Natomiast nie przekonało mnie samo spotkanie drugiego pokolenia bohaterów, które wydawało się po prostu naiwne.

Film nie przesadza, tylko delikatnie stopniuje emocje, a muzyka buduje odpowiedni klimat. Nie ma fajerwerków, przesadnego grania na uczuciach, czy tworzeniu górnolotnych dialogów.
Kadr z filmu Drugie oblicze, 2012

Mamy za to prostą historię o samotności, karze, ojcostwie i niespełnionych marzeniach. Chociaż może brzmi to nazbyt melodramatycznie to jednak te cechy nadają temu dziełu status udanego kina.

Cena ogólna 5-/6
Scenariusz i reżyseria 4/6
Aktorstwo 5/6
Muzyka 4/6
Forma narracji 5/6
Klimat 6/6

14 marca 2013

True grit (Prawdziwe męstwo, reż. Ethan i Joel Coen, 2010)

Remake jest tworzony z różnych powodów. Aby ukazać lepsze efekty, dopracować warsztat, wyreżyserować lepsze aktorstwo. Mimo wszystko twórcy muszą się liczyć z tym, że widzowie będą z góry nastawieni do niego negatywnie. W końcu coś, co było wcześniej jest (a przynajmniej powinno być) uważane za lepsze. Dlatego wydawało się, że Ethan i Joel Coenowie strzelili sobie w buta, próbując zmierzyć się nie tylko z klasycznym westernem, ale przede wszystkim z legendą kina, Johnem Waynem.

Przyznam się, że miałam podobny stosunek zarówno do nowego filmu jak i aktorów, choć z drugiej strony trudno mi było uwierzy, że Ci twórcy mogą stworzyć coś złego. Już wcześniej udowodnili, że potrafią adaptować powieść (jak choćby To nie jest kraj dla starych ludzi).

Historia opowiada losy młodej dziewczyny Mettie Ross, której ojciec zostaje zamordowany przez swojego pracownika Toma Chaney. 14 latka wynajmuje usługi najtwardszego szeryfa w miasteczku Roostera Cogburna i pomimo jego sprzeciwu razem wyruszają na dalekie terytorium Indian. Po drodze dołącza do nich strażnik z Teksasu – LaBoeuf. Choć tę trójkę różnią charaktery, wiek i co najważniejsze cel podróży, wkrótce zostaną zmuszeni do połączenia sił.

Prawdziwe męstwo niejednokrotnie pozytywnie mnie zaskoczyło. Twórcy udowodnili, że można nakręcić remake z podobnymi lub nawet identycznymi scenami, prawie taką samą fabułą, a mimo wszystko widz odniesie wrażenie, że ogląda zupełnie inny film.

Produkcja zachwyca zdjęciami Rogera Deakinsa, który będąc stałym współpracownikiem Coenów, wiedział jak przekazać klimat surowej, symbolicznej powieści o dorastaniu. Każdy detal ukazano w sposób pieczołowity. Muzyka współgra z filmem, nie uderza pompatycznością, tylko sprawnie wplecioną ją w całą historię. Przenikania obrazów czy rzetelnie ukazanie planu ogólnego są niemal wizytówką dla tych reżyserów. Jest to tak dobry warsztat, że można zatrzymać i wyciąć pojedyncze ujęcia.
Kadr z filmu Prawdziwe męstwo, 2010, dyst. Paramount Pictures
Nie mogę nie wspomnieć o umiejętności Coenów do prowadzenia debiutantów czy współpracy z zawodowcami. Trójka kluczowych postaci jest mocno zindywidualizowana, pomimo iż przecież nie są oni pierwowzorami.

Zacznę od Matta Damona ze względu na to, że kreowany przez niego bohater jest drugoplanowy i nie pojawia się we wszystkich scenach. LaBoeuf w jego wykonaniu to nonszalancki, nieco zapatrzony w siebie, ale i niepozbawiony charyzmy, strażnik z Teksasu. Mówi dużo, walczy na broń i słowa z Bridgesem. Niemalże romantyczny bojownik - nieudacznik, który posługuje się rycerskim kodeksem moralnym.

Grająca Mettie Ross, Hailee Steinfeld idealnie pasuje do męskiego grona. Nie wydaje się dodatkiem, ale prawdziwą siłą napędową całego filmu. Aktorka samodzielnie interpretuje swoją bohaterkę, robi to z wyczuciem, bez zbędnej nadętości. Jej wrażliwość, a zarazem energia emanuje w każdej scenie.

Pomimo szczerych zachwytów nad Steinfeld to Jeff Bridges przeszedł prawdziwą metamorfozę. Z uśmiechniętego „kolesia” na zgorzkniałego, znudzonego życiem starca. Jego rola nie opierała się jedynie na wyglądzie wiecznie pijanego lub skacowanego szeryfa. Porównanie go do kreacji Johna Wayna jest niesprawiedliwe, gdyż stworzyli zupełnie inne role. Wayne symbolicznie parodiuje stereotyp szeryfa-twardziela (czyli w rzeczywistości samego siebie), a Bridges jest bardziej naturalistyczny: brudny, ironiczny i chłodny. To tak naprawdę od subiektywnej oceny zależy, który z nich przypadnie do gustu.

Obaj, pomimo wieku, są twardzi i bezwzględni wobec złoczyńców, ale również i nieco groteskowi. Ich męstwo, choć rzeczywiście prawdziwe, jest tak naprawdę czymś co było wieki temu. Coś co minęło i już nigdy nie wróci. Pozostała tylko strzelba i butelka whisky na pocieszenie.

Western jako kino hermetyczne, dosyć długo czekał na godne, ponowne narodziny. I doczekał się. Bracia Coenowie odświeżyli go z pełnym wyczuciem, tworząc dzieło na potrzeby zarówno starych wyjadaczy jak i współczesnego widza, widzącego w westernie skostniały wręcz wymarły gatunek.

Ocena ogólna 5/6 
Scenariusz i reżyseria 5/6
Zdjęcia 5/6
Obsada 5/6
Scenografia/kostiumy/charakteryzacja 5/6  
Klimat 6/6

21 stycznia 2013

Django unchained (Django, reż. Quentin Tarantino, 2013)

Django to kolejna zabawa z konwencją, mieszanina stylów oraz niekonwencjonalny humor. Nagrodzony złotym globem scenariusz jest wyjątkowo mięsisty i niemal w 100% przemyślany. Opisany szczegółowo, przez co każdy, kto po niego sięga, ma wrażeniem, że czyta książkę (scenariusz Django dla dociekliwych). Nie czuje się jego długiej formy (165 minut), przez zabawne dialogi, przemieszane dynamiką i kilkoma zwrotami akcji.

Tłem dla całości jest piękna scenografia, wykadrowana przez Roberta Richardsona, (operatora m.in Olivera Stona'a, Martina Scorsese i Braci Coenów) która momentami zapierała dech w piersiach. Do tego konstrukcja domów na plantacji i sceny w miasteczkach nadają nastrój spaghetti westernowej historii.

Jednak największym plusem dla Django jest (tak jak w przypadku innych filmów Tarantino) bardzo nieźle dobrana obsada.

Najbarwniejszym bohaterem jest Dr. King Schultz w wykonaniu Christopha Waltza. Obdarzony niesamowitą charyzmą, szczyptą humoru i inteligencją wzbudza sympatię widza i to do tego stopnia, że nawet jego największe wady bledną na tle uroku osobistego. Schultz stroi bezwzględnego zabijakę, by w jednej wyjątkowej scenie jego twarz nabrała poważnego tonu. A jest ona tak autentyczna, że wystarczy dłuższy moment, aby oprócz sympatii doszło do tego szczere współczucie. Aktor gra według tej samej metody, którą zastosował do postaci Hansa Landy w Bękartach wojny. Jego bohater jest silnie wystylizowany, wykonuje różnorakie gesty, dość współczesne jak na kogoś, kto żyje w 1858 roku. Jednak jest w tym tyle indywidualizmu i oryginalnej postawy, że wszelkie porównania do poprzedniej roli szybko znikają. Złoty glob dla najlepszego aktora drugoplanowego w pełni zasłużony.

Drugim ogromnym plusem i prawdziwym odkryciem jest Leo DiCaprio. Co ten aktor nie wyprawia, aby wzbudzić do siebie pogardę i nienawiść. Prawdziwy instynkt. Swoją kreacje buduje bezwiednie, ze szczyptą szaleństwa. Przy scenach z Waltzem staje na równi, momentami spychając go nawet w cień. Aż szkoda, że rola była za krótka nawet jak na drugoplanową, bo inaczej mogłaby pojawić się nie tylko nominacja do złotych globów.

Pojedynek aktorski: Christoph Waltz, Leonardo DiCaprio, Django, dyst.TWC

Samuel L. Jackson w roli lokaja Stephena, tworzy postać bezwzględnie oddaną swemu panu, a przy tym potwornie cwaną. W Candylandzie z zabawnego, choć nieco krnąbrnego staruszka zmienia się w bestię i robi to w sposób stopniowy. Jest po prostu przerażająco fantastyczny.

Nie można powiedzieć, że Django nie ma minusów. Osobiście nie podobały mi się wzniosłe wstawki, nadające nieco nadęcia do całości. Nie jest ich dużo i pojawiają się dopiero pod koniec filmu. Stąd mam wrażanie, że po jednym, kluczowym zwrocie akcji cała konstrukcja zaczęła się trochę sypać. Może to wina odwołań do gatunku, choć z drugiej strony podobieństwo widziałam już w Bękartach wojny, ale ukazane w mniej patetyczny sposób.

Jeśli chodzi o role, to najsłabszym ogniwem wydaje się kreacja Jami’ego Foxx’a. W duecie z Waltzem wypada bardzo dobrze, ale gdyby nie „wybuchowe” sceny w pojedynkę, to nie potrafiłby już skupić na sobie tak dużej uwagi. Idealnie gra ciałem i mimiką, ale wypowiadane przez niego słowa, przez słabą intonację, wydają się mało wiarygodne. Trzeba jednak przyznać, że stworzony przez Tarantino bohater zasługuje na uwagę i przychylność widza. Django przechodzi szybką metamorfozę, choć tak naprawdę nigdy nie czuł się i nie zachowywał jak przeciętna osoba. Zwłaszcza w czasach, w których uważano społeczność afroamerykańską za "podrasę", posłuszną i pozbawioną własnego zdania.
kadr z filmu, Django, dystr.TWC

Muzyka jest bardzo dobrze dopasowana, chociaż zdarzają się zgrzyty. Niektóre piosenki zupełnie zaburzały gatunkowość w filmie. Nie uważam ich jednak za złe. Po prostu wydawały się momentami nie pasować do niektórych scen.

O czym jest Django? Jak go scharakteryzować? Na pewno nie jest filmem o zemście. Raczej o przyjaźni ponad podziałami, miłości i przekraczaniu barier. Słyszałam również, iż jest obraźliwy. Po dwukrotnym obejrzeniu oraz wnikliwej obserwacji nadal nie wiem dla kogo. Bo chyba nie chodzi o słowo "nigger", które pada w filmie wielokrotnie, nawet z ust Samuela L. Jacksona.

Ogólna ocena: 5+/6
Scenariusz i reżyseria : 5+/6
Aktorstwo: 5-/6
Muzyka: 5/6
Scenografia, kostiumy, charakteryzacja: 5/6
Klimat: 6/6

Informacje dodatkowe:
! film zawiera brutalne sceny i wulgarny język - nie dla wrażliwych widzów.

24 listopada 2012

Lawless (Gangster, reż. John Hillcoat, 2012)

Lata prohibicji w Stanach Zjednoczonych nie należały do łatwych. Najlepiej wiedzą o tym osoby z niższej klasy społecznej. Mężczyźni, próbując utrzymać siebie i rodzinę handlowali nielegalnym bimbrem. Tak właśnie zarysowana jest fabuła Lawless- adaptacji książki Matta Bonduranta (wnuka Jacka Bonduranta) „The Wettest County In The World”. Po Zakazanym Imperium, w którym pokazana jest wyższa sfera miasta Chicago pojawił się film o przedmieściach i jego przeciętnych mieszkańcach, próbujący jakoś wiązać koniec z końcem.

Tak właśnie żyją bracia Bondurant – Forrest, Howard i Jack. Powszechnie znani z nieobliczalności i braku posłuszeństwa wobec władzy, odmawiają płacenia łapówki nowoprzybyłemu z Chicago – Charlie’mu Rakes’owi. Tym samym rozpoczynają brutalną rozgrywkę, która wkrótce przeradza się w wojnę.

Przy pierwszych ujęciach od razu zwraca się uwagę na oszczędną scenografię. Opiera się w szczególności na wnętrzach domów bohaterów i miasteczkach ukazanych jedynie z zewnątrz. Resztę planu zajmują lasy, drogi i pola. Widać iż nie mamy do czynienia z superprodukcją, a filmem skonstruowanym na historii, podtrzymanym przyzwoitą obsadą.
Kadr z filmu Lawless, dystrybucja Monolith Films
Reżyser powierzył rolę młodemu aktorowi, znanemu z superprodukcji Indiana Jones i królestwo kryształowej czaszki czy Transformers oraz młodzieżowych filmów takich jak Niepokój.

Shia LaBeouf zbudował głównego bohatera przede wszystkim na uczuciach. Jack ma dużo uroku, chłopięcej wrażliwości ukazanej już w pierwszych scenach filmu. Aktor nie szarżował z rosnącymi emocjami, dawkował je powoli, z umiarem. Nie próbował na siłę wybić się przy swoich bardziej doświadczonych kolegach z planu. Wydawał się grać po swojemu bez zbędnego zwracania na siebie uwagi. Jak na gwiazdę, od której nie wszędzie wymagano poważnej gry, spisał się całkiem nieźle. W scenach z jego udziałem pojawia się nieco patosu, choć przy ukazanym brutalizmie nie jest on aż tak uwidoczniony.

Tom Hardy całkowicie stonował swoją rolę. Forrest jest szorstki o zimnym spojrzeniu i niemrawym, ociężałym chodzie z mocnym południowym akcentem. Wydaje się nieprzystępny, nieco aspołeczny- mamroczący odludek bardziej przystosowany do uwydatniania przemocy niż konwersacji.

Guy Pearce zupełnie odmiennie podszedł do postaci specjalnego agenta. Zrobił to co zwykle było charakterystyczne u Gary’ego Oldmana lub innych aktorów wcielających się w antagonistów. Karykaturalny wygląd, zabawny ubiór przy mocno negatywnie nacechowanej kreacji, daje groteskowo-przerażający efekt. Już w filmach sprzed lat, postać zła o dziwacznej prezencji wzbudzała niepokój u widza (Piąty element, To nie jest kraj dla starych ludzi). Pearce tłumi emocje, aby w końcowych scenach wybuchnąć niczym bomba z opóźnionym zapłonem. Rola nie jest specjalnie odkrywcza, ale według schematu zrealizowana bardzo dobrze.

Bardzo szkoda, że mając w obsadzie Gary’ego Oldmana nie wykorzystano tego aktora możliwie jak największej. Scen jest zdecydowanie za mało, choć trzeba przyznać, że są one prawdziwymi perełkami w całym filmie. Oldman daje popis, kradnie te fragmenty dla siebie, zupełnie się przy tym nie wysilając. Ze swoim zawadiackim uśmieszkiem pokazuje prawdziwy urok zimnego drania.

Film skonstruowany jest na bardzo brutalnych i drapieżnych obrazach, bohaterowie walczą na pistolety, strzelby, noże i kastety. Ta doza okrucieństwa, przy niewielkim humorze i obdarcia z sentymentalizmu przypomina Wschodnie obietnice Cronenberga.

Muzyka składa się z różnych piosenek, dość skocznych i przyjemnych dla ucha. Kostiumy są adekwatne do epoki- brudne, wiszące w kroku spodnie, powyciągane swetry, poprzecierane kamizelki obok pięknie wykrojonego garnituru Rakes’a czy wyzywającej sukni panienki z miasta Maggie, nadają postaciom odpowiedniego charakteru w filmie.

Guy Pearce jako Charlie Rakes, kadr z filmu Lawless dystrybucja Monolith Films

Lawless nie należy do produkcji ani rewelacyjnych, ani miernych. Postacie mają żywotność, oczywiście widzowie kierują całą swoją sympatię na trójce braci (jakżeby inaczej, skoro agent strzegący prawa jest od nich bardziej bezprawny, pozbawiony skrupułów i zasad moralnych). Nie mamy fajerwerków czy zwrotów akcji, a zakończenie, biorąc pod uwagę krwawą scenerię, może nieco rozczarować swoim sielankowym klimatem. Jednak jeśli ktoś lubi mocne kino z dobrze odegranymi rolami i nieskomplikowaną fabułą będzie w pełni usatysfakcjonowany.

Ocena ogólna: 4+/6
Scenariusz i reżeseria : 3/6
Aktorstwo: 4/6
Muzyka: 5/6
Scenografia, kostiumy, charakteryzacja: 5/6
Klimat: 5/6

Informacje dodatkowe:
! film zawiera bardzo brutalne sceny, zdecydowanie nie dla wrażliwych widzów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...