Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

5 maja 2014

The trial (Proces, reż. Orson Welles, 1962)

Mniej popularny w karierze Orsona Wellesa Proces na podstawie powieści Franza Kafki to film wyjątkowy, zarówno pod względem inscenizacji jak i narracji, w którym reżyser postanowił przełożyć trudny, niejednoznaczny i groteskowy język literacki na język filmowy.

Fabuła
Jeden z przeciętnym dni Josepha K. zaczyna się od oskarżenia. Jest policja, proces, sąd. O co to wszystko? Otóż nie wie tego nikt, nawet główny bohater. A właściwie zwłaszcza on. Ale jak oczywiście wiadomo to nie ma znaczenia, bowiem cała historia nie dotyczy procesu sądowego Josepha K, ale ukazania absurdu, grozy poprzez zniewolenie jednostki przez nieznany system. Także mamy więc lawinę niefortunnych zdarzeń, które płyną, mnożą się i wszystkie spadają na barki postaci. A wszystko to ukazane w klimacie jak z sennego koszmaru.

Aktorstwo
Anthony Perkis jako Joseph K. wpasował się w ramy symboliki snu i jednocześnie się na jej tle wyróżnia. Jego plastyczna twarz, wysoka barwa głosu przy dość skąpym geście czyni go mimo wszystko bohaterem wiarygodnym. Postać ta jest jednym z widzów, stąd łatwo się w nią utożsamić. Walczy z piętrzącą się biurokracją, łapówkarstwem i ogólną niesprawiedliwością, choć każdy z jego strony bunt wobec całej tej nieprawości jest niemożliwy do przeciwstawienia.

Trudno jest nie zwrócić uwagi na samego reżysera w roli leniwego i podłego adwokata, który uwielbia poniżać, niszczyć i upodlać każdego prawego człowieka. Pierwsza scena spotkania między nim a Joseph'em K. jest bardzo wymowna- dzięki ujęciu z kąta wysokiego, wydaje się iż adwokat dosłownie patrzy z góry na głównego bohatera.
Anthony Perkins i Orson Welles, kadr z filmu Proces, 1962

Technika zdjęciowa
Proces, zresztą jak pozostałe filmy Wellesa jest dopieszczony pod względem wizualizacji. Do całej kompozycji warto zwrócić uwagę na pełną głębię ostrości i długie ujęcia. Jest przewaga planów ogólnych, półzbliżeń i zbliżeń. Pierwsze nadają scenom specyficznego, nieco psychodelicznego wyglądu, drugie wypełniają normalną przestrzeń natomiast trzecie – artystycznego. Głównym elementem inscenizacji są drzwi, mające kluczowe znaczenie dla całego filmu. Pojawiają się niemal wszędzie, pod różną postacią i formą.

Drzwi, kadry z filmu Proces, 1962

Bardzo ciekawie są przedstawione sceny z policją. Mamy do czynienia z ujęciami Josepha K. z kąta niskiego, podczas gdy policjanci stoją dodatkowo na podwyższeniu. Sceny te pokazują tym samym małość i bezradność bohatera wobec oskarżenia. Dodatkowo w tej scenie jest oświetlony, tak jakby był przesłuchiwany.
Kąt niski i pełna głębia ostrości, 
kadr z filmu Proces, 1962

Popularna dla stylu reżysera przewaga ukośnego kadrowania nad prostym, nadaje specyficznego kształtu przestrzeni w jego filmach. Trójkąty jakie się tworzą z sufitów czy podłóg stanowią niezwykły kontrast z prostokątnymi przedmiotami. Ponadto sam kształt trójkąta nadaje krzykliwości i dynamiki.

Podsumowanie
Proces nie należy do kina łatwego i przyjemnego. Kto czytał powieść Kafki ten może przypuszczać z jakim gatunkiem filmu ma do czynienia. Ja mogę od siebie powiedzieć tylko tyle, że Welles zaryzykował biorąc na warsztat dzieło specyficzne i trudne. Przełożenie zarówno języka literackiego na filmowy jak również umiejętność ukazania absurdu oraz scen jak z sennego koszmaru mogło skończyć się klapą. Jak widać nie w rękach takiego reżysera.

Ocena ogólna 5/6
Scenariusz i reżyseria 5/6
Narracja 5/6
Aktorstwo 5/6
Zdjęcia i muzyka 6/6
Klimat 6/6

27 kwietnia 2014

Noah (Noe:Wybrany przez Boga, reż. Darren Aronofsky, 2014)

Długo zastanawiałam się czy wybrać się na najnowsze dzieło Darrena Aronofsky’ego. Ani nie przepadam za tego typu tematyką, ani reżyserem. Poza tym nie lubię popularnej technologii 3D. Uważam, że zabiera całą przyjemność w oglądaniu filmu, jak również ogranicza widoczność w podziwianiu zdjęć, scenografii czy czasem nawet i gry aktorskiej. Jednak słysząc wiele tak różnych opinii o Noe, postanowiłam wraz ze znajomymi wybrać się do kina i sama go ocenić.

Jak to w filmach hollywodzkich bywa jest trochę z głównego źródła, trochę z pobocznych przesłań, a trochę z głowy twórców. Ogólne założenie jest proste – wzbudzić kontrowersje i emocje. Jednak 3D, a wraz z nim nowoczesna technologia niszczy nowatorskie pomysły na oryginalne ukazanie niektórych scen. Do tego reżyser zdecydował się, podobnie jak w poprzednich działach, pokazać wszelką brutalność i okrucieństwo. Stratowanie, rozrywanie, ćwiartowanie, zjadanie na żywca zwierząt to tylko niektóre elementy, które można zobaczyć podczas seansu. Aronofsky chciał w tym wszystkim znaleźć złoty środek, a w efekcie mamy przedziwną hybrydę gatunkową, której daleko zarówno do kameralnego psychologicznego dzieła jak i superprodukcji. 

Reżyser moim zdaniem do tej pory słabo prowadził aktorów. Nie umiał ich pohamować, rozbudzić emocji czy ich tłumić. Tym samym aktor był zdany wyłącznie na swój warsztat, a niekiedy tylko instynkt. W Noe trzeba było nie byle kogo, aby sprostał fabule i postaci, w którą się wcielał. Dużym plusem okazało się zatrudnienie Russella Crowe i Jennifel Connely. Aktorzy odtwarzali swoje kreacje najzupełniej naturalnie, między nimi czuje się więź emocjonalną. Silna stylizacja Connely i stonowana Crowe'a prezentuje się wyjątkowo. Bowiem w pewnym momencie Noe Crowe’a spycha na plan zarówno filmową partnerkę jak i pozostałych aktorów. Stopniowe przepoczwarzanie się postaci przekłada się na równie stopniowe wyrabianie sobie o nim opinii. Jakbym krótko scharakteryzowała Noe’go? Z nieskalanego bohatera staje się krwawym narzędziem – barbarzyńcą, który aby wypełnić misję, postawił wszystko na jedną kartę. 
Jennifer Connely i Russell Crowe, kadr z filmu Noe, 2014
dyst. United International Pictures

Jak wspomniałam problem tkwi w technologii 3D, która niejednokrotnie w scenach wprowadzała więcej wad niż zalet. Chciano połączyć starą technikę z nową i wyszło to średnio. W niektórych scenach umieszczono kamerę z ręki, co w 3D powinno być wszystko płynne, aby widz nie zatracił obrazu. A tak wielokrotnie można doznać oczopląsu od licznego wirowania i drżenia. Dobrze natomiast zastosowano niskie umieszczenie kamery niemal na wysokość pola widzenia np. gadów i płazów przemieszczających się do arki. Pierwsza scena z niepokojącą muzyką wprowadza w specyficzny, nieco złowieszczy klimat i jest to pierwsza rzecz, którą uważam za całkowicie przemyślaną przez twórców. Drugą jest scena z Noe i jego żoną wzorowana na stylu shadow puppet. Piękna wizualnie, oryginalna i nadzwyczaj udana.
scena wzorowana na stylu w japońskim teatrze lalek shadow puppet, kadr z filmu Noe, 2014 
dyst. United International Pictures

Pojawiające się liczne powtórzenia w inscenizacji nadają filmowi symboliczny charakter: wąż, zerwany owoc i ręka z kamieniem. Motyw ten przewija się wielokrotnie. Również podobieństwo można dostrzec w przemieszczających się do arki stworzeniach. Kamera znajduje się kolejno za ptakami, gadami i owadami, ssakami oraz ludźmi.
Kadry z filmu Noe, 2014, dyst. United International Pictures

Clint Mansell stworzył dość nierówną kompozycję. Pierwszy utwór rzeczywiście robi wrażenie, uderzony z pierwszą sceną pozostaje w pamięci, jednak potem wszystko tonie w warstwie wizualnej. Natomiast pozostałe dźwięki jak trzepotanie skrzydeł, bzyczenie chmar owadów, pełzanie gadów czy grzmoty są świetnie synchronizowane z obrazem. 

Większość widzów zastosuje wobec filmu kryteria moralne. Nic w tym dziwnego bowiem Noe przedstawia spory ładunkiem emocji, a wraz z nim emocjonalną reakcję widza. Emocje na ekranie są wytwarzane etapowo, stąd widz może się zaangażować w całą tę historię. 

Noe można różnie odbierać. Jeśli zbyt emocjonalnie do niego podejdziemy, wówczas możemy stracić warstwę wizualno- dźwiękową, która pomimo kilku błędów jest całkiem interesująca. Z drugiej jednak strony, przy tak przedstawionych emocjach i dramatu jednostki trudno mówić o nim jak o filmie, na który się idzie dla „fajnych efektów”. Ja po seansie miałam mieszane uczucia. Jak dla mnie okazał się to świetny i mocny temat, który niestety w pewnym momencie utonął w potopie efekciarstwa.

Ocena ogólna 3+/6
Scenariusz i reżyseria 4/6
Aktorstwo 5/6
Zdjęcia i muzyka 4/6
Technologia 3D 2/6
Klimat 3/6

30 marca 2014

Only lovers left alive (Tylko kochankowie przeżyją, reż. Jim Jarmusch, 2013)

Nie obawiam się użyć słów, że Tylko kochankowie przeżyją należy do jednego z najlepiej zrealizowanych filmów z ostatnich lat. Przepełniona grozą i nostalgią historia miłości dwóch wampirów mogłaby być dziełem zniszczonym przez popkulturę. Jednak za scenariusz i reżyserię odpowiada Jim Jarmusch – najpopularniejszy twórca kina niszowego. Stąd, zamiast mdłej opowiastki romansu paranormalnego, wypełnionego miałkimi emocjami i wzdychającymi do siebie pustymi bohaterami, mamy dojrzałą opowieść o niezwykłej pięknej miłości dwojga istot wyższych o symbolicznych imionach - Adam i Eva. A wszystko to owiane grozą z pokroju gotyckiej powieści.

Na plan zaproszono dwóch genialnych artystów, którzy swoją teatralną wrażliwością i wysokimi aktorskimi umiejętnościami stworzyli niezwykły duet. Zarówno Tom Hiddleston jak i Tilda Swinton pokazali pełne kreacje, pozbawione zbędnych gestów, ograniczając mimikę do minimum z idealną dykcją i artykulacją. Samo słuchanie aktorów było czymś magicznym, bowiem ich postacie oparte na brzmieniu głosu oraz niezwykłej charakteryzacji silnie przyciągały uwagę. Widać, że Adam i Eve związane są silną więzią emocjonalną, obustronnym zaufaniem i bezwarunkową miłością.

Dodatkowym atutem jest Marlowe zagrany przez Johna Hurta. Jego postać, owiana przyjemną nutką tajemniczości, jako mentor i przyjaciel wydaje się jedyną ostoją dla dwójki głównych bohaterów. Zagrany równie spokojnie, z wyczuciem i ciepłem dla wykreowanego pisarza. Nie ma w nim galopady, lecz dużo pokory wobec siebie i świata, w którym obecnie żyje.
Kadr z filmu Tylko kochankowie przeżyją, 2013

Aktorzy są częścią zarówno stworzonej jak i naturalnej scenografii, utrwalonej przez wysmakowane zdjęcia. Elementy audiowizualne współgrają ze sobą, każdy dźwięk wydobywający się spod strun gitary i mocnych basów, wplata się w idealnie wykadrowane miejsca. Nie znajdziemy tu nudnych centrów miast, ale dzikie, pokrętne uliczki, podrapane ściany, odpadający gzyms, zwisające luźno kable i ruiny niegdyś wspaniałych budynków. Montaż jest oparty w szczególności na dłuższych ujęciach. Kamera zaś wychwytuje aktorów i miejsca w sposób przemyślany, będąc równowagą dla niemal pozbawionej dynamiki akcji. W takt ostrzejszego brzmienia, wiruje wokół nich, nad głowami, filmuje z wielu perspektyw, zarówno na bliskich jak i ogólnych planach. 

Na uwagę zasługuje konsekwentne zarządzanie paletą kolorów. Schemat barw w Tylko kochankowie przeżyją ograniczają się do dominującej nasyconej żółci (niekiedy wpadającej w złoto) i intensywnej czerni oraz uzupełniającej je głębokiej czerwieni. Dodatkowo większość scenografii jak również jej elementów ogranicza się do kształtu koła i kwadratu, które również jak długie ujęcia spowalniają akcję.
Kadry z filmu Tylko kochankowie przeżyją, 2013

Historia jest fascynująca, bohaterowie intrygujący, dialogi wyjątkowo piękne wkomponowane. Jarmusch po raz kolejny w swoim dziele wybudza w nas nostalgie, skłania do refleksji i trochę zasmuca. Stąd wyjątkowo trudno oderwać się od tej pięknej melancholii.
Ocena ogólna 5/6
Scenariusz i reżyseria 5/6
Aktorstwo 5/6
Zdjęcia i muzyka 5/6
Paleta kolorów 6/6
Klimat 6/6

5 marca 2014

Inside Llewyn Davis (Co jest grane, Davis?, reż. Ethan i Joel Coen, 2013)

Na Co jest grane, Davis? czekałam z niecierpliwością i muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Czasem może kręciłam nosem nad fabułą oraz wyborem niektórych aktorów, ale jednak jeśli chodzi o warsztat dostałam to, co najlepsze. Co w dziełach Ethana i Joela Coenów jest takiego wyjątkowego? Nigdy nie mam do czynienia z komedią, tragedią, kryminałem, kinem gangsterskim czy westernem. Jest to po prostu nowy film braci Coenów, charakteryzujący się surowym klimatem, zabawą z konwencją, grą z widzem i specyficzną techniką montażową.
Oscar Isaac jako Llewyn Davis,
Kadr z filmu Co jest grane, Davis?, dyst. CBS Films

Zacznę od warstwy fabularnej. Reżyserzy mają ulubiony sposób prowadzenia swojego bohatera, a
 mianowicie uwielbiają mu rzucać kłody pod nogi. Nie ważne czy postać chce coś zmienić w swoim życiu czy nie (zwykle chce, ale i tak mu nie wychodzi). Pasmo nieszczęść spada na niego niczym na biblijnego Hioba. I tym właśnie poniekąd okrutnym przedstawianiem historii, Davis przypomina mi wszystkie postacie Coenów (począwszy od Ray'a w Śmiertelnie proste, a skończywszy na Mattie Ross w Prawdziwym męstwie). I tak jak w przypadku każdego ich dzieła- w końcu wymęczony i zrezygnowany bohater- zostaje pozostawiony sam sobie.

Swoboda dialogów nie do końca przełożyła się na dobre ich odegranie. Oscar Isaac, wcielający się głównego bohatera czy John Goodman radzili sobie z nimi bardzo dobrze, odpowiednio wgryzając się w kwestie swoich postaci (z Goodmanem nic nowego zważywszy na to, że jest jednym z ulubionych aktorów reżyserów). Dużo gorzej wypadła już Carey Mulligan. Głos ma rzeczywiście piękny, a urodę wyjątkowo urokliwą jednak sposób grania zupełnie odbiegał od tego co bohaterka powinna sobą przekazać. Złość nie wyglądała ani zabawnie ani tragicznie z lawiną wulgaryzmów prezentowała się wyjątkowo irytująco.

Plusem natomiast jest świetnie wyważony tragi-komizm. U reżyserów nigdy nie jest nachalny i przesadny co dotyczy również Co jest grane, Davis? Poza pokrętnymi dialogami, humor często jest związany z wykorzystaniem przestrzeni zamkniętej w niezwykły, komiczny sposób. W tym wypadku mamy ciasny korytarz i drzwi po obu jego stronach, przez który trudno jest się przecisnąć jednej postaci, a co dopiero dwóm.
Kadr z filmu Co jest grane, Davis?, dyst. CBS Films

O ile widzowie dzielą się na tych co im się podoba fabuła i na tych którym wydaje się smętna i nudna, o tyle w przypadku warsztatu myślę, że wszyscy są zgodni. Zarówno operatorstwo (w tym doskonale dobrana stonowana kolorystyka zdjęć), dźwięk, muzyka, oświetlenie jak i montaż są zrobione na najwyższym poziomie. Zacznę może od warstwy wizualnej. Na zewnątrz cały plener tonie w swoistej mgle, szarości i bieli, a bohater snuje się po mieście z gitarą i kotem. Natomiast we wnętrzach klubów mamy prawdziwą perfekcję w postaci oświetlenia dobywającego się z kilku punktów, tym samym są nie tylko elementem technicznym scenografii, ale również ozdobnikiem dla pomieszczenia.
Kadr z filmu Co jest grane, Davis?, dyst. CBS Films

Ciekawą kwestią charakteryzującą Coenów jest stosowanie przez nich jednej ze swoich ulubionych technik montażowych czyli przenikania. Tutaj mamy do czynienia z czynnikiem wskazującym upływ czasu i zmianę miejsca, który w efekcie końcowym okazuje się elementem wprowadzającym do scen rozgrywających się przed wcześniej zaistniałą sytuacją.
Gif ze sceny z filmu Co jest grane, Davis?, dyst. CBS Films

Co do warstwy dźwiękowej w tym muzycznym spektaklu piosenki są z gatunku folku, więc nie każdemu mogą one odpowiadać. Dla mnie gitara i nostalgiczny ton głosu głównego bohatera zdecydowanie wystarczył, aby poczuć klimat historii. Dźwięk jest wyjątkowo czuły, wyraźny, a do tego bardzo dobrze zmontowany.
Podsumowując Co jest grane, Davis? Jest kolejnym w dorobku dobrym filmem Ethana i Joela Coenów. Nie można mówić o nim jak o arcydziele, ale na pewno reżyserzy nie obniżyli standardu swojego dorobku. Mam wrażenie, że dźwiękowo go nawet mocno wzbogacili.

Ocena ogólna 5/6
Scenariusz i reżyseria 4+/6
Aktorstwo 4+/6
Zdjęcia 5/6
Oświetlenie 6/6
Klimat 6/6

18 lutego 2014

American Hustle, reż. David O. Russell, 2013

David O. Russell chciał powtórzyć sukces Poradnika pozytywnego myślenia i Fightera. Zebrał ekipę, aktorów z obu dzieł i wyreżyserował American Hustle. Jedyne co go różniło od poprzednich produkcji to, to że nie przekształcił adaptacji książki, ani biografii, ale napisał scenariusza według własnego pomysłu. Wczesne filmy tego reżysera były oryginalnymi pomysłami i wychodziły mu co najwyżej średnio (Złoto pustyni, Igraszki z losem).

Wielokrotnie podkreślałam, że scenariusz to kręgosłup dzieła, kluczowy element filmu. Russell jest kolejnym przykładem twórcy, który o ile ma dobry materiał potrafi wykreować coś niezłego o tyle sam, moim zdaniem, nie do końca potrafi wykrzesać błyskotliwych dialogów, dobrego wątku głównego i pobocznego, czy przytłaczającego zwrotu akcji. Nawet poprowadzenie aktorów wyszło mu przeciętnie. Narracja wnika w psychikę postaci, ale bynajmniej nie dodaje to głębi informacji, co najwyżej niewiele znaczące dla fabuły relacje pomiędzy bohaterami. A ich spontaniczne zachowania, które miały wywołać salwy śmiechu są jedynie rozczarowujące.

Fabuła w skrócie- Bohaterem jest oszust, który po wpadce z FBI, zostaje wraz ze swoja partnerką zmuszony do współpracy z jednym z agentów. Na celownik idzie m.in. burmistrz miasta.

Aktorstwo

Biorąc pod uwagę to, iż nadchodzą Oscary, a każda z ról jest nominowana do tej nagrody, omówię je wszystkie, każdą z osobna.

Christian Bale jako
bohater pierwszoplanowy bez charyzmy
Christian Bale w roli Irvinga. Kadr z filmu American Hustle, 2013
dyst. Columbia Pictures 

Nie rozumiem zachwytu nad kreacją, zważywszy na to, że postać w którą się wcielił nie miała siły przyciągania. I choć są zachwyty nad filmowym Irvingiem to jednak ja nie poczułam do niego nawet krzty sympatii. Bynajmniej nie mówię o urodzie, ale o charyzmie. Fakt, aktor często zaczesywał łysinę, a kamera wyraźnie i wielokrotnie pokazywała z żabiej perspektywy jego wielki brzuch (aktor przytył do roli około 20 kilogramów). Moim zdaniem to za mało by nagrodzić tę kreację nominacją. Postać jest po prostu płytka i nijaka. Aktorsko Bale również zawiódł, bo oprócz oszpecenia, wydaje się nie mieć pomysłu na swojego bohatera. Tylko „był”, prowadził główny wątek, od punku A do punktu B. Nic poza tym. Jakby nie miał przeszłości i wcześniej nie istniał.

Amy Adams w roli
uwodzicielka bez wdzięku
Amy Adams w roli Sydney. Kadr z filmu American Hustle, 2013
dyst. Columbia Pictures 

Aktorka wcieliła się w rolę partnerki w interesach głównego bohatera oraz jego kochanki. Postać wydawała się iż jest niestabilna emocjonalnie i jednocześnie trzeźwo myśląca. Adams raz wykazywała się zdrowym rozsądkiem oraz dojrzałością, a raz histeryzowała niczym nastolatka. Sposób uwodzenia wydaje się związany tylko i wyłącznie z zakładaniem bluzek oraz sukienek z głębokim dekoltem. Kwestie wypowiadane przez jej postać opierały się na płytkim melodramatyzmie. I choć Adams udało się nie popaść w przesadę i mówiła całkiem nieźle z brytyjskim akcentem, to jednak momentami słowa, które wypowiadała brzmiały dość amatorsko.

Bradley Cooper czyli
narwaniec w „zimnej wodzie kąpany”
Bradley Cooper w roli Richi'ego. Kadr z filmu American Hustle, 2013
dyst. Columbia Pictures 

Postać Coopera wydaje się najpełniej zarysowana. Jest furiatem (kłania się powtórka z Poradnika pozytywnego myślenia), kręcącym loczki ambitnym policjantem, mieszkającym z matką i przyszłą narzeczoną. Cooper dwa razy wściekł się, podniósł przy tym głos, wykrzywił twarz, co w efekcie prezentuje się bardziej żenująco i nieudolnie niż zabawnie. Z początku przykuł moją uwagę, ale potem gdzieś czar prysł. Do powagi dodano komedii, której nie potrafi odpowiednio wyważyć.

Jennifer Lawrence kreuje
słodką (nijaką) idiotkę
Jennifer Lawrence w roli Rosalyn. Kadr z filmu American Hustle, 2013, 
dyst. Columbia Pictures
 
Jeśli aktorka miała stworzyć postać irytującą to jeśli o mnie chodzi, cel został przez nią osiągnięty. Pomimo wszystko nie przekonała mnie do swojej kreacji. Pomijając prosty fakt, że nie potrafi utrzymać kontaktu wzrokowego z filmowymi partnerami (jej oczy „biegały” po całym ekranie) to również trudno jest jej udźwignąć komediowo- dramatyczny ton. Wydaje się nierealistyczna, niczym z amerykańskich komedii o niskim polocie.

Scenografia, kostiumy, charakteryzacja

Odwzorowanie lat 80tych rzeczywiście robi wrażenie. Krzykliwe ubiory, baczki, kręcone loczki i mocny makijaż prezentują się świetnie. Najlepiej utkwiła mi w głowie scena w dyskotece, gdzie tańczyli Sydney i Richie. Rewelacyjnie dobrany utwór, między aktorami iskrzy na parkiecie i coraz szybsze błyski światła dodają odpowiednio pikanterii. Pomimo tego, iż scena jest krótka i nie powala oryginalnością, to jednak zrealizowana jest naprawdę dobrze, gdyż to przy niej można najbardziej odczuć klimat epoki.

Zdjęcia i montaż

Zdjęcia nie są niczym niezwykłym, ale prezentują się przyzwoicie. Chociaż momentami zastawiałam się, po co operator umieszcza aktorów na planie, który jest czymś pomiędzy półzbliżeniem, a planem średnim i przez to kilkakrotnie musi obniżać kamerę, aby pokazać np. ich dłonie, zamiast po prostu ukazać plan średni i nie wprowadzać niepotrzebnego zgrzytu, zaburzającego rytm filmu. Montaż wygląda dobrze, dodaje trochę dynamiki, jest kilka ciekawych trików.

Na zakończenie

Podsumowując American Hustle jest filmem średnim, ma kilka niezłych scen, trochę humoru i klimat lat 80tych. Jednak aktorzy ani ich postacie poprzez swoją "nijakość" zupełnie do mnie nie przemówiły. W filmie Russella zabrakło mi tego inteligentnego „bumu”. Zważywszy na to, że reżyser stał się jednym z ulubieńców Ameryki można się spodziewać jakiś statuetek, chociażby za scenografię czy kostiumy. Reszta byłaby w moim odczuciu kolejną pomyłką akademii.

Ocena ogólna 3-/6
Scenariusz i reżyseria 3/6
Aktorstwo 3/6
Scenografia, kostiumy i charakterystyka 5/6
Zdjęcia 4/6
Klimat 3/6

21 października 2013

Pierwsze spojrzenie. Notatki filmowe nr 1

L’Eclipse (Zaćmienie), Michaelangelo Antonioni, 1962

Oczywiście dopóki się kochaliśmy nie było nic do rozumienia.

Kadr z filmu Zaćmienie, 1962

Świetnie stworzona postać zbuntowanej kobiety, która nie lubi stagnacji zarówno w życiu zawodowym jak i osobistym. W końcu, znudzona całą historią, postanawia również opuścić scenę, a tym samym swoją opowieść i film. Dla cierpliwych.

Pickpocket (Kieszonkowiec), Robert Bresson, 1959

Jenne, jakże długą drogę musiałem przebyć, by wreszcie do Ciebie dotrzeć.

Wbrew pozorom piękna, pozbawiona lukru, historia miłosna. Drobny złodziejaszek wpada we własne sidła uzależnienia od kradzieży. Tutaj gesty stanowią podstawę kreacji aktorskiej, całkowicie wypierają mimikę. Dla smakoszy.

Pierrot le fou (Szalony Piotruś), Jean Luc Godard, 1965

Mam pomysł na powieść. Zamiast o życiu ludzi… Mogło by to być o życiu, życiu samym w sobie, o tym co jest pomiędzy ludźmi… Przestrzeni, dźwięku i kolorach.
Kadr z filmu Szalony Piotruś, 1965

Bunt przeciwko realizmowi. Każdy chciałby porzucić dotychczasowe, nudne życie i zacząć żyć. Nawet najwyższym kosztem. Bohaterowie Godarda zawsze uroczo naiwni, beztroscy, kierujący się jedynie własnymi pragnieniami i instynktem. Luźny scenariusz, improwizacja aktorska, piosenki oraz konsekwencja w ukazywaniu barw francuskiej flagi. Nie dla tych, co liczą na zwięzłą fabułę, ale dla tych, co chcą zobaczyć perfekcyjne zastosowanie języka filmowego.

Un homme et une femme (Kobieta i mężczyzna), Claude Lelouch, 1966

Miłe złego początki, lecz koniec żałosny (…) to szaleństwo odrzucać szczęście. 

Miał być ostatnią przystanią dla francuskiej nowej fali czy jednak należy do filmów, które z nią ostatecznie zerwały? Niezdecydowanie reżysera mocno odbiło się na jakości dzieła. Zbyt długie, nic nie znaczące ujęcia, czarno biała taśma przewlekana kolorem tworzą dosyć nijaki obraz postaci. Ładna muzyka, znana chyba każdemu. Zbudowany na futurospekcji. Aktorzy nie mieli specjalnie co grać, bo sceny między bohaterami są boleśnie umniejszone na rzecz tych sprzed ich spotkania. Dla niewymagających, którzy chcą po prostu obejrzeć historię pewnej miłości. 

M, Fritz Lang, 1931

Nie panuję nad złem, które we mnie siedzi. Nad ogniem, głosami, całą tą męczarnią! 

M jak morderca, a H jak hipokryzja. O zbrodniarzu z twarzą dziecka i obłudzie „uczciwego” społeczeństwa. Ściganie dzieciobójcy, który w końcu staje przed sądem lokalnego przestępczego podziemia. Genialna przemowa końcowa oraz aktorstwo Pettera Lore wcielającego się w tak niewdzięczną rolę. Niesamowite jest to, że w pewnym momencie odczuwa się wobec tej postaci współczucie.

30 września 2013

W imię (ang. In the Name of, reż. Małgorzata Szumowska, 2013)

W imię… wywołało wiele kontrowersji jeszcze nim pojawiło się na ekranie. Tym samym wraz z poruszanymi tematami spod znaku „tych, o których nie wolno mówić głośno” (nawiasem mówiąc nie mających nic wspólnego z warsztatem czy samym studium postaci) pojawiły się dwa obozy widzów- Ci, którzy ten film lubią i ci którzy go nienawidzą. 

Nie będę rozpatrywała tego filmu pod względem religijno- duchownym. Tematem głównym jest poszukiwanie siebie, mamy również miłość, przyjaźń, bunt, a nawet poddanie się. A to, że bohater ma na sobie sutannę jest już w moim odczuciu sprawą co najwyżej trzeciorzędną. Sama fabuła nie wydaje się z gatunku typowego LGBT ale bardziej dramatu jednostki. Wszystko rozwija się powoli, a zanim splotą się historie obu mężczyzn, możemy zaobserwować studium psychologiczne każdego z nich osobno. 

Na pewno jeśli chodzi o stronę wizualną i aktorską W imię… wychodzi z tego obronną ręką. 

Andrzej Chyra niemal wsiąkł w swojego bohatera, oddał całym sobą rozterki, wątpliwości. Widać, że aktor podszedł do postaci Adama jak do każdej innej, ze zrozumieniem, poniekąd ze współczuciem, ale i sympatią. Bardzo dobra intonacja, z niską, wibrującą barwą nadała mu charyzmy i oczywiście przyćmiła wszystkich wokół. A scena, w której zmęczony i zrezygnowany Adam siada przed komputerem, wychylając przy tym szklanki wódki, z pewnym zażenowaniem przyznaje się przed siostrą (i poniekąd samym sobą) jest bez wątpienia potwierdzeniem jego aktorskiego kunsztu. To na nim koncentruje się cała fabuła aczkolwiek często jego bohater jest tylko obserwatorem.

Jeszcze pochwały należą się młodym aktorom. Mateusz Kościukiewicz, choć wydaje się tłem dla historii Adama, świetnie pokazuje swoją postać za pomocą gestu, postawy i niemal stonowanej mimiki z kreacją niemal pozbawioną słów. Jest tym samym nadzieją na odrodzenie aktorskiej szkoły filmowej, która od kilku lat ma dość 

Zdjęcia, zarówno te ukazujące szeroką perspektywę w ujęciu samotnej jednostki na ogólnym planie z tłem przyrody oraz te ograniczające nasze pole widzenia w postaci wnętrza domostw, zderzające ze sobą nastrojowe piękno natury z naturalizmem zaściankowej wioski, niejednokrotnie wzbudzają zachwyt. Już w pierwszej scenie – prologu pokazującej biegnącego przez las Adama widać, jak będzie przebiegać fabuła. Swoją drogą stanowi ona jedną z ciekawszych i ładniejszych obrazów we współczesnym polskim kinie, a samo ukazanie czcionki na tle nieba, gdy główny bohater zatrzymuje się i unosi głowę do góry, wydaje się wprowadzać pewien rodzaj liryzmu do opowiadanej historii.
Kadr z filmu W imię..., 2013, dyst. Kino Świat

Muzyczny miszmasz jeszcze wzbogaca całość filmu. Gra skrzypiec brutalnie zderza się z muzyką współczesną. Daje to pewien wydźwięk buntu bohaterów i poniekąd nowoczesności przekazu filmu. A jeśli już o walorach dźwiękowych mowa, warto zwrócić uwagę na przedostatnią scenę spotkania dwójki głównych postaci w strugach deszczu Mamy całkowicie wyciszoną ścieżkę dialogową i pozostałe odgłosy z zewnątrz, natomiast pejzaż dźwiękowy w postaci padającego deszczu jest mocno uwydatniony. Tym samym wcześniejszy naturalizm we wnętrzach pomieszczeń zostaje wyparty przez poetyckość ukazania bliskiego planu. 

Jednym z bardziej irytujących „ale”, który osobiście nie zrobił na mnie wrażenia i nie wiem czemu miał służyć, to scena epilogu filmu. Nie do końca mogę pojąć toku myślenia reżyserki- czy miał on wprawić w zdumienie czy wprowadzić w zadumę? Jak dla mnie oba te zabiegi wydają się mocno chybione.

Ocena ogólna 4+/6
Scenariusz i reżyseria 4/6
Zdjęcia 5/6
Aktorstwo 5/6
Muzyka 5/6
Klimat 4/6

2 września 2013

Il grande Silenzio (Wielki Cisza, Człowiek zwany Ciszą, reż. Sergio Corbucci, 1968)

Zimowa sceneria. Przez zaspy przebija się jeździec. Zaatakowany przez grupę bandytów, odpowiada ogniem. Ocalały napastnik błaga go o życie. Wiemy, już że tajemnicy jeździec nazywa się Silence. I jest tak samo bezwzględny. Po incydencie otrzymuje zapłatę i rusza przed siebie.
Prolog. Kadr z filmu Wielki Cisza, dyst, MGM 

Czołówce towarzyszy muzyka Ennio Moriccone. Jean-Louis Trintignant i Klaus Kinski w filmie Sergio Corbucci’ego Il Grande Silenzio.

Rok 1968. Tak zaczyna się spaghetti western uważany przez krytyków za najlepszy w dorobku w. w . reżysera. Wielki Cisza burzy całą konwencję filmową, którą stworzył Leone, a on sam na jego podstawie pieczołowicie budował.

Mamy śnieg, partyzantów, czarnoskórą piękność. Miasteczko nie jest zastraszone przez bandytów, ale łowców nagród. Nieznajomy, poprzez niewielką retrospekcję, należy do postaci o ciekawej psychologii. Do tego oryginalne zakończenie i czarnych charakter, na którego poniekąd spada cała odpowiedzialność jeśli chodzi o rozluźnienie ponurej atmosfery filmu.

To, że film ma zupełnie inną formę odpowiada nie tylko reżyser, ale i aktorzy. Antagonista w wykonaniu Klausa Kinski nie przelewa w słowach, ale to na jego barkach spoczął „ciężar” w postaci dialogów, który do tej pory należały w większej mierze do protagonisty. Kinski oparł swojego bohatera na spokojnej kreacji, ale nie niepozbawionej charakteru. Ma charyzmę, siłę przekonywania, a jego błękitne oczy uderzają zarówno bezwzględnością jak i ironią. Inteligencja oraz spryt postaci osiąga punkt kulminacyjny przy scenie, gdzie jest próba jej sprowokowania do sięgnięcia po broń.

I tutaj warto przenieść zainteresowanie na protagonistę. Jean-Louis Trintignant grał mimiką i gestem. Jego twarz wyrażała wszystko co mógłby powiedzieć. Silence jest wbrew pozorom dość krwistym bohaterem. Bliżej mu do postaci z klasycznych westernów niż spaghetti dzieła. Mogłabym zaryzykować stwierdzenie, że jest ludzki przez swoją delikatność i wrażliwość.

Muzyka gra na emocjach, ale nie ma w niej przesadny jak często zdarzało się (i nadal zdarza) w kinie amerykańskim. Wprowadza nastrój i buduje klimat, zarówno w scenach podniosłych, zabawnych jak i tych ponurych. Zarówno tutaj jak i innych dziełach Moriccone opiera utwory na dźwięku skrzypiec oraz chórze. Tak jak w przypadku poprzednich filmów i w Wielkim Cisza mamy do czynienia z niezwykłe skomponowanym głównym temacie muzycznym.

Wielki Cisza nie obronił się od mniej lub bardziej widocznych błędów logicznych (np. idealnie odśnieżone drogi, przez które przejeżdża dyliżans), ale mimo wszystko poprzez swoją oryginalność zasługuje na uwagę. Rzadko się bowiem zdarza, aby w latach wysypu konkretnego gatunku filmowego pojawił się film, który dosłownie niszczy całe jego podwaliny, a na mocnych fundamentach tworzy coś tak emocjonalnie pięknego.

Ocena ogólna 5-/6
Scenariusz i reżyseria 4-/6
Zdjęcia 4-/6
Aktorstwo 5/6 
Muzyka 6/6
Klimat 6/6

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...